Szczytność idei kontra pieniądze

Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ), założona w 1945 r., skupia 193 państwa.

Donald Trump nie rozumie i nie akceptuje idei ONZ, ale coroczną sesję wykorzystuje do promocji swojej polityki.

Unię Europejską liczymy od traktatów rzymskich z 1957 r., członków zaś jest 28. Przeliczenie prowadzi do wniosku, że ONZ problemów ze sprawnością funkcjonowania powinna mieć… siedem razy więcej. W Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych, które w Nowym Jorku właśnie odbywa 73. sesję, obowiązuje przy uchwalaniu rezolucji egalitarna zasada: jedno państwo — jeden głos. Czyli zarówno USA czy Chiny, jak i pacyficzne drobinki Nauru czy Tuvalu. Rozpiętość między biegunami unijnymi, czyli Niemcami a Maltą, jest mniejsza, ale na szczytach Rady Europejskiej obowiązuje w najważniejszych sprawach jednomyślność.

Porównywanie ONZ z UE jest zasadne, albowiem obie organizacje wymagają systemowych reform. Wspólnotę miał umocnić traktat lizboński z 2007 r., ale wyszło jak wyszło. Projekty reform ONZ istnieją na papierze od lat. Przygotował je jeszcze w 1997 r. sekretarz generalny Kofi Annan, zmarły miesiąc temu. Program przejął i przez dekadę coś próbował Ban Ki-moon, obecnie zaś stara się António Guterres. Postacie sekretarzy są jedynie symbolami, 73-letnia ONZ to machina tocząca się już ziemskim bezwładem.

Głównym jej problemem, jak wszelkich podobnych bytów, oczywiście są pieniądze. Podstawę finansowania ONZ stanowią obowiązkowe składki, uiszczane przez państwa członkowskie w zależności od ich dochodu narodowego na mieszkańca. Ściągalność nie jest aż tak niska, jak np. naszego abonamentu telewizyjnego, ale deficyt jest odwieczny. Jako pomysłodawca ONZ i gospodarz kwatery głównej najwięcej płacą USA. Pokrywały 22 proc. budżetu operacyjnego, czyli około 1,2 mld USD rocznie, oraz 28,5 proc. kosztów operacji pokojowych, szacowanych na 6,8 mld USD. Obrażony Donald Trump składkę już przyciął, co całość ONZ-owskiego budżetu zmniejszyło o prawie 5 proc., a wczoraj zapowiedział następne cięcia. Zmniejszenia ważnych programów zderzają się z dobrym samopoczuciem urzędników. To kwadratura koła — im decydenci mocniej deklarują odchudzanie administracji, czy to krajowej, czy międzynarodowej, tym bardziej ona pęcznieje. Gdy na jednej szali zsumuje się brygady ONZ — z Nowego Jorku, Genewy (pałac Ligi Narodów, tematyka rozbrojeniowa), Wiednia (atomistyka, kosmos) oraz Nairobi (programy humanitarne) — na drugiej zaś zbierze dywizje eurokracji z Brukseli, Strasburga (tam dochodzi jeszcze Rada Europy) oraz Luksemburga (zespół mniej znany, a potężny), to możemy być dumni. Nasza wspólnota przykrywa ogólnoświatową.

Przyjmując siedzibę ONZ, USA zobowiązały się do umożliwienia dostępu każdemu przywódcy państwa. Niby dotyczy to trasy z lotniska przez hotel do ONZ, ale np. Fidel Castro w czasach najostrzejszej konfrontacji potrafił skręcić w bok i wygłosić wielogodzinną mowę do „czarnych braci w Harlemie”. W czasie 73. sesji najkrwawszym dyktatorem, przynajmniej w opinii demonstrujących przed ONZ, jest Hasan Rowhani, prezydent Iranu. To na władcach tego kraju powiesił największe psy Donald Trump w wystąpieniu otwierającym debatę generalną. Rok temu najbardziej potępiał Kim Dzong Una — i od 72. sesji coś jednak drgnęło. Gdy szczytność idei ONZ odcedzi się z politycznej wody, to suchego zostaje niewiele. Ale dobrze, że cokolwiek.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski