„Oczywista oczywistość”, czyli KBWLLP

Rozniecenie przez władców Polski na nowo ogniska tragedii smoleńskiej sprzed sześciu lat było oczywistością od wyborów 25 października.

Właściwie można się dziwić, że stało się to dopiero… 4 lutego. Dla mnie temat Smoleńska ma szczególny kontekst, albowiem otrzymałem od prokuratury status osoby pokrzywdzonej w dochodzeniu dotyczącym organizacji lotów z premierem Donaldem Tuskiem w środę 7 kwietnia 2010 r. oraz z prezydentem Lechem Kaczyńskim w tragiczną sobotę 10 kwietnia. Poza rodzinami ofiar taki status otrzymali pasażerowie rejsów, które w obu wspomnianych dniach normalnie wylądowały — w tym m.in. dziennikarze. Ale wątek osobisty to zaledwie ciekawostka. Polityczne rozgrzebywanie śmierci 96 osób roztacza przed Polską czarną perspektywę pogłębienia rowu społecznego, wobec którego np. wątek Trybunału Konstytucyjnego to pikuś.

Znaczenie katastrofy smoleńskiej dla Prawa i Sprawiedliwości, w tym osobiście dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego, jest zrozumiałe. Poza naturalnym aspektem ludzkim Smoleńsk był dla ekipy obecnie trzymającej wszechwładzę naturalnym punktem skupienia oraz wieloletniego wytrwania w stresującej roli opozycji. Przedłużeniem takiego podejścia była wczorajsza egzaltacja ministra obrony Antoniego Macierewicza, że Smoleńsk był „największą tragedią lotniczą w ogóle w dziejach lotnictwa światowego”. To niedorzeczne zdanie potwierdza, że emocje zaciemniają fakty. Otóż w globalnych statystykach tragedii lotniczych, mierzonych prozaicznie liczbą ofiar, smoleńska lokuje się bardzo daleko poza pierwszą setką. Również jeśli chodzi o ogrom zniszczeń, na małym obszarze i praktycznie bez pożaru, w krwawych kronikach lotnictwa zapisała się jako katastrofa przeciętna. W ogóle nieporównywalna np. z tym, co dobrze zapamiętali z 1987 r. mieszkańcy warszawskiego Ursynowa, gdy na Las Kabacki spadł Ił-62M „Tadeusz Kościuszko” ze 183 osobami. Smoleńsk rzeczywiście nie ma precedensu w skali koncentracji strat personalnych jednego państwa.

Zastanawia, że ruszając katastrofę, PiS tym razem zaniechało błyskawicznej nowelizacji niewygodnej ustawy. Prawo lotnicze rozstrzyga, że w skład Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWLLP) powinni wchodzić specjaliści z zakresu szkolenia lotniczego, techniki, nawigacji, ruchu lotniczego, ratownictwa, meteorologii, łączności, prawa lotniczego oraz medycyny. Ustawa za takowych uznaje posiadających odpowiednie wykształcenie oraz — co najważniejsze — udokumentowaną minimum pięcioletnią praktykę w danej dziedzinie. I to jest właśnie problem ministra Macierewicza — dotychczasowi członkowie KBWLLP legitymują się takim stażem i udziałem w badaniach wielu wypadków lotniczych. Tymczasem amatorzy wspomagający w poprzedniej kadencji Sejmu tzw. zespół parlamentarny mają w świetle ustawy dorobek zerowy. Ale znaleziono dla nich furtkę, że w pracach KBWLLP „uczestniczą w miarę potrzeb eksperci”. Zostali włączeni i utworzyli podkomisję, która rzecz jasna potwierdzi ustalenia zespołu, że 10 kwietnia 2010 r. na chwilę przed uderzeniem Tupolewa 101 o smoleńską ziemię nastąpiła w nim… seria wybuchów. Żadnymi dowodami nie da się tego potwierdzić, ale przecież nie o to chodzi. Pytanie retoryczne — jak do zamachowych ustaleń podkomisji odniesie się cały skład KBWLLP…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski