TW Bolek, a Lech Wałęsa, czyli co z tego wynika?

Czy to z racji wieku, czy braku styczności z okresem PRL-u, temat TW Bolka i Lech Wałęsa nie rozgrzewa moich emocji do czerwoności. Lata 70. i 80., walka o polską niepodległość są oczywiście mi bliskie – jak każdemu Polakowi – mimo to stanowią dla mnie piękne karty, ale jednak historii. Nie zrażony tym, pozwolę wtrącić i swoje trzy grosze do dyskusji, czy wręcz nawałnicy, która właśnie przetacza się przez media – a mam wrażenie, że to dopiero preludium przed wielką historyczną bitwą o rząd dusz.

Prawda i sprawiedliwość są ponadczasowymi cnotami, do których zawsze – niezależnie od czasu i miejsca – powinniśmy dążyć. Odkrywanie meandrów przeszłości powinno być domeną historyków, którzy żmudnie przechodziliby przez kolejne tezy – udowadnialiby je, bądź falsyfikowali. Kiedy jednak w rolę naukowców wcielają się publicyści i dziennikarze wówczas dochodzi do istnego żerowania na emocjach. Próbach wywoływania skrajnych stanów u czytelników, słuchaczy, czy widzów.

Zresztą jak zwykle w naszej debacie bywa, cały dyskurs jest czarno-biały, zero-jedynkowy, istnieją jedynie dobrzy i źli. Dla jednych Lech Wałęsa będzie nieskazitelnym wojownikiem o wolność, dręczonym liderem i przywódcą tłumów. Po drugiej stronie barykady nie ma prezydenta Wałęsy. Jest za to TW Bolek, który zaprzedał naród komunistom, bandytom i agentom. Który będzie sztandarem najgorszych patologii polski po ’89 roku. Z czysto mojego punktu widzenia obie te frakcje są siebie warte. Świat nie jest czarno-biały, a historia nie zna krystalicznych postaci, których nie splamił żaden niegodziwy postępek.

Niezależnie od tego, czy zarzuty wobec Lecha Wałęsy się potwierdzą, czy nie będzie on zawsze czołową postacią polskich przemian demokratycznych i symbolem walki o wolność Polski. I – chwała mu za to – żadna teczka, donos, czy lojalka nie są w stanie mu tego odebrać. Niezależnie od jego działalności w latach wcześniejszych, na zawsze już będzie symbolem walki o niepodległość, na zawsze pozostanie pierwszym wybranym w wolnych wyborach prezydentem i na zawsze będzie laureatem pokojowej nagrody Nobla.

Wystąpienie IPN-u mówi nam o odnalezieniu teczek – tyle i aż tyle. Nie została potwierdzona autentyczność podpisów „Lech Wałęsa”, nie został podany do informacji publicznej żaden głębszy wniosek jakie znalezisko wyciąga na światło dzienne. Fundamentalna zasada domniemania niewinności powinna dać nam do zrozumienia, że potrzebujemy się wstrzymać z wydawaniem osądów. Tak się nie dzieje, a skrajnie podzielone obozy rzuciły się sobie do gardeł zarzucając się argumentami o większej i mniejszej wartości.

Przyglądając się dyskusji – czy też burzy – w całym potoku słów który pada nie pojawia się nic nowego. Prawa strona, skupiona w dużej mierze wokół środowiska Prawa i Sprawiedliwości, powtarza te same argumenty i zarzuty, które powtarzała od ćwierćwiecza. Tak samo zresztą jest z “obrońcami” Lecha Wałęsy – którzy niestety mam wrażenie bardziej wykorzystują sytuację, by móc zaatakować politycznego rywala, bądź przypomnieć się mediom.

W tym całym zgiełku najbardziej zasmuca mnie postawa samego zainteresowanego – czyli byłego prezydenta. Jego enigmatyczne komentarze w stylu – “coś wiem, ale nie powiem”, “jest ktoś kto zna prawdę” – nie licują z postawą urzędu, który piastował. Jeżeli jest w posiadaniu koronnego dowodu na swoją obronę – to niech go przedstawi i zakończy tę wojenkę. W innym przypadku insynuacjom i komentarzom nie będzie końca. Jeżeli ma coś na sumieniu, to przyznanie się i tak nie zmieni tego kim był w latach 80. i na początku 90.

Niesamowitym jest, że kwestia transferu władzy rozpala nas i dzieli od ćwierćwiecza. Dodajmy transferu bez jednego wystrzału – co powinno napawać nas dumą i stawiać jako wzór dla innych. Aż strach pomyśleć co by było gdyby u nas ziścił się scenariusz rumuński. Obawiam się, że jako naród moglibyśmy tego nie przetrwać…

Dawid_Smietalo