Unia choruje na decyzyjną anemię

Gdyby sprawność działania Unii Europejskiej była wprost proporcjonalna do liczby zbiórek szefów państw i rządów, to wspólnota przewodziłaby globalnemu wyścigowi. 

 

 

Niestety, zależność akurat jest proporcjonalna odwrotnie. Kalendarzowe zagęszczenie szczytów Rady Europejskiej (RE) potwierdza diagnozę zapisaną w tytule. Doskonałym przykładem jest drugie półrocze 2018. Standardowe, cokwartalne szczyty RE w Brukseli odbędą się 18 października oraz 14-15 grudnia. Ambitny 32-letni kanclerz Sebastian Kurz upamiętnił rotacyjną prezydencję Austrii sproszeniem prezydentów/premierów 19-20 września na dodatkowe posiedzenie do Salzburga. Teoretycznym tematem głównym był problem imigracji, ale został przykryty patem w negocjacjach warunków brexitu. W związku z tym przewodniczący Donald Tusk za jedyne wyjście uznał… zwołanie w Brukseli jeszcze jednego szczytu RE. W kalendarzu nie ma już miejsca, zatem prezydenci/premierzy poświęca się w weekend 17-18 listopada.

Oba wspomniane wyżej wątki od miesięcy zapisują niekończąca się historię. Nieformalne obrady w Salzburgu potwierdziły konkluzje formalnego szczytu z czerwca, że państwa UE przyjmują uchodźców/imigrantów na zasadzie dobrowolności, zdecydowanie umacniając granice zewnętrzne wspólnoty. Państwa śródziemnomorskie, na czele z Włochami, w które realnie uderza ludzkie tsunami, nigdy się z taką niesolidarnością państw bezpiecznych nie pogodzą. Jednak nawet w niby uzgodnionej kwestii umocnienia zewnętrznego kordonu UE zarysowała się w Salzburgu sprzeczność interesów. Chodzi o podział kompetencji między służbami granicznymi poszczególnych państw a wzmacnianą finansowo i kadrowo unijną agencją Frontex. Jak wiadomo, dzięki staraniom rządu SLD na samym początku naszego członkostwa w UE, utworzona wtedy agencja ma od 2005 r. siedzibę w Warszawie. Gdy dostanie większy budżet — wzniesie nową, potężną siedzibę, sąsiadującą przez płot akurat z naszą Agencją Wywiadu.

Nieformalny szczyt potwierdził, że nieosiągnięcie porozumienia w sprawie warunków brexitu to zagrożenie coraz bardziej realne. Premier Theresa May niezmiennie oczekuje przyjęcia przez UE propozycji spisanych przez jej rząd w tzw. białej księdze. Dla wspólnoty nie do przyjęcia jest jednak idea, by Zjednoczone Królestwo za secesję zostało wręcz… nagrodzone. Rząd brytyjski nie akceptuje bowiem pakietu czterech swobód przepływu — towarów, usług, kapitału oraz osób — wybierając tylko najkorzystniejsze, głównie dwie pierwsze. Drugim punktem zapalnym negocjacji jest lądowa granica między unijną Irlandią a brytyjską Irlandią Północną. Obecnie praktycznie nie istnieje, co umacnia na Zielonej Wyspie pokój. Jej odtworzenie grozi powrotem terrorystycznej wojny.

Za najpóźniejszy termin dopięcia umowy jeszcze niedawno uważano szczyt 18 października. Teraz horyzont przesuwa się do 18 listopada, zaś tak naprawdę terminem ostatecznym będzie 15 grudnia. Zatem w sylwestra będzie już konkretnie wiadomo, czy 29 marca 2019 r. unijno-brytyjski rozwód będzie cywilizowany, czy z wzajemnym orzeczeniem winy drugiej strony. Gdy owa czarna perspektywa już naprawdę zajrzy światłej części Brytyjczyków w oczy, pozostaną trzy miesiące na… ratunkowe powtórne referendum. Żadnej tratwy z zewnątrz nikt już nie rzuci. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski