Usługi podpisowe znowu funkcjonują

Zawetowaniem w lipcu 2017 r. trzech ustaw — najpierw o regionalnych izbach obrachunkowych, a później o Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS) i o Sądzie Najwyższym (SN) — prezydent Andrzej Duda podjął próbę wybicia się na realnego najważniejszego decydenta. W kwestii podpisania/niepodpisania ustawy faktycznie jest panem jej życia/śmierci, ale owa potęga wynika z… arytmetyki sejmowej — poza obrotowym klubem Kukiz ‘15 nikt z opozycji nigdy nie wesprze PiS w przełamaniu prezydenckiego weta, do czego potrzeba trzech piątych głosów. Dlatego ustawy zwracane do Sejmu lądują w koszu, co potwierdziło się również w tym roku po zawetowaniu ustawy degradacyjnej.

Moc podpisową prezydent postanowił przenieść na wyższy poziom i spróbował stać się kreatorem politycznej rzeczywistości. Zaskakując prezesa Jarosława Kaczyńskiego rozkręcił inicjatywę tzw. konsultacyjnego referendum konstytucyjnego. PiS przyjęło ją bez entuzjazmu, dlatego forsowanie przez Andrzeja Dudę bezsensownego terminu głosowania 10-11 listopada stało się idealnym pretekstem do odrzucenia referendum. Nie wolno zapominać, że w Senacie przy większości bezwzględnej decydujące znaczenie miał nie stosunek 10:30 głosów za/przeciw (te przeciwne oddała PO), lecz wstrzymanie się 50 senatorów PiS! Obecnie los wątku nowelizacji czy uchwalenia nowej konstytucji jest identyczny, jak wetowanych ustaw — w koszu. Prezes widzi możliwość powrotu do tematu w bliżej niesprecyzowanej przyszłości.

Odrzucenie referendum było silnym sygnałem, czego tak naprawdę PiS oczekuje od swojego człowieka w Pałacu Prezydenckim. Niezakłóconego wykonywania usług określonych w tytule. I Andrzej Duda to zrozumiał — dzień po klęsce referendalnej podpisał od ręki przeforsowaną błyskawicznie kolejną nowelizację pakietu ustaw sądowych, w tym o SN. Trudno uwierzyć, ale ta ustawa — która po wecie rodziła się w bólach i została uchwalona 8 grudnia 2017 r., a ogłoszona w tegorocznym Dzienniku Ustaw pod poz. 5 — była zmieniana już… sześć razy, pod poz. 650, 771, 847, 848, 1045 oraz najnowsza nowela pod poz. 1443. Notabene opublikowano ją elektronicznie natychmiast po podpisaniu, w czwartek 26 lipca o godz. 18, co uczyniło bezprzedmiotową wielką demonstrację przed Pałacem Prezydenckim, która zebrała się tegoż wieczoru w celu… uproszenia weta.

Liczba nowelizacji ośmiesza samą ideę reformy SN. Kompromitacją jest natomiast uchwalenie najnowszej noweli z błędem. W przepisach końcowych ustawa odnosi się do „art. 31 § 2a” ustawy o SN, w której jednak „§ 2a” po prostu… nie ma, powinno być „§ 3a”. W pośpiechu i bałaganie PiS popełniło oczywistą literówkę, czy raczej cyfrówkę. Zostało to wychwycone już na etapie debaty w Senacie, zatem jedynym uczciwym rozwiązaniem byłoby uchwalenie przez Senat poprawki i cofnięcie ustawy do Sejmu w celu jej przyjęcia. No tak, ale posłowie już udali się na wakacje, czyli ustawa mogłaby zostać poprawiona dopiero 11 września i przejmowanie SN przez tzw. dobrą zmianę wydłużyłoby się o kolejne miesiące. Dlatego Senat z pełną premedytacją puścił ustawę z oczywistym dla wszystkich błędem, cyferka zostanie poprawiona dopiero w kolejnej nowelizacji we wrześniu. Niestety, podobnie zachował się doktor prawa Andrzej Duda… © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski