Wyborcze miliony ulatują w gwizdek

Wszystkich Świętych to wyjątkowa data, wyciszająca wszelkie spory. Ale już w Dzień Zaduszny znowu one eksplodują — wszak piątek to finisz kampanii przed dogrywką wyborczą 4 listopada.Dotyczy ona 649 gmin/miast, czyli tylko 26,2 proc. wszystkich, ale propagandowa machina władców kraju zachowuje się podobnie jak przed 21 października. Nie ustaje werbalne rozdawnictwo pieniędzy z centralnego budżetu, które zostaną uruchomione, jeśli w danym mieście wygra kandydat tzw. dobrej zmiany. Pierwsza tura potwierdziła jednak, że efektywność wielomilionowych obietnic, mierzona w urnach, okazuje się bardzo niska. Można ją przeanalizować na trzech przykładach głośnych inwestycji centralnych o wielkim znaczeniu lokalnym.

Najbardziej politycznego słupka Polski już dawno nie ma. Został wyrwany przez sztorm, ale być może wcześniej przez złomiarzy.Autor: Fot. Łukasz Dejnarowicz-Forum

Charakterystyczna jest sytuacja w Świnoujściu, gdzie faktycznie dzięki rządowi PiS rozpoczęła się budowa tak oczekiwanego tunelu. Niestety dla idei tzw. dobrej zmiany, północno-zachodnia rubież Polski to bastion wcale nie KO, lecz dinozaura — SLD. Wywodzący się z tego ugrupowania, chociaż dawno odpępowiony prezydent Janusz Żmurkiewicz wygrał za pierwszym podejściem, notabene za nim była oficjalna kandydatka SLD, a PiS zaistniało tylko szczątkowo. Bardziej szokujący okazuje się jednak wynik w Elblągu, gdzie cała polityczna para napędzająca przekop Mierzei Wiślanej uleciała w gwizdek. Forsowany przez PiS kandydat Jerzy Wilk, z uzyskiem głosów z pierwszej tury 28,69 proc., nie ma szans z Witoldem Wróblewskim, który z wynikiem 48,78 proc. był bliski reelekcji już 21 października. Słynny słupek, wbity przez Jarosława Kaczyńskiego na plaży mierzei, nie chciał doczekać do porażki w uszczęśliwianym na siłę przekopem Elblągu i oddał się sztormowemu morzu — chociaż krąży również wraża wersja, że szybsi byli złomiarze.

Zdecydowanie najciekawsza sytuacja przed 4 listopada panuje w Radomiu. Czternaste w ogóle, a trzecie niewojewódzkie miasto Polski jest bowiem jedynym powyżej 200 tys. mieszkańców, w którym kandydat PiS ma teoretyczne szanse. Przecież w możliwość sukcesu np. Małgorzaty Wassermann w Krakowie czy Kacpra Płażyńskiego w Gdańsku nie wierzy żaden partyjny realista. Tymczasem w Radomiu wiceminister Wojciech Skurkiewicz przegrał z prezydentem Radosławem Witkowskim nieznacznie — relacja procentowa 40,40 do 45,47 jest możliwa do odrobienia. Dlatego na największe uczestniczące w dogrywce miasto spadł deszcz finansowych obietnic. Najważniejszy pozostaje wątek portu lotniczego Radom Sadków, przekształconego już wiele miesięcy temu w lokomotywę, na której wjechać ma tzw. dobra zmiana. Fatalnie położone, w stosunku do rozrastającego się organizmu miejskiego, lotnisko miałoby otrzymać bezkolizyjne połączenie drogowe z krajową ekspresówką z Warszawy do Krakowa. O szybkim połączeniu kolejowym nikt nie wspomina, bo do Sadkowa prosto z warszawskiego Okęcia pociągiem dojechać się nie da, chyba że z tzw. cofką. W kontekście milionowych obietnic ciekawa jest odpowiedź na pytanie — jaki będzie los tych pieniędzy, gdy w niedzielę wieczorem starym/nowym prezydentem okaże się człowiek PO? Obstawiam, że fatalna koncepcja tzw. rezerwowego portu dla Warszawy Okęcia właśnie w Radomiu Sadkowie będzie jednak brnęła. Przecież już w 2019 r. kolejne wybory, a inwestycję pompują nie samorządowcy, lecz miejscowi baronowie PiS z Sejmu i Senatu.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski