Wyważanie drzwi dawno otwartych

Na konwentyklu w minioną niedzielę wszechrządząca partia rzuciła do walki wyborczej o samorządy kolejną transzę chwytliwych obietnic. 

Autor: Fot. Marek Wiśniewski

 

Wszystkie mają wspólny mianownik — starają się odpowiadać na oczekiwania społeczności lokalnych, ale finansowane są z budżetu centralnego. Pozwala to machinie propagandowej tzw. dobrej zmiany na utrwalanie obrazu niegospodarnych samorządów, których nieudolność musi ratować pochylający się nad ludzkimi troskami rząd. Dopiero zwycięstwo PiS, zwłaszcza na poziomie sejmików oraz w metropoliach, może zmienić oblicze ziemi — tej ziemi. Wyłania się perspektywa, w której po wyborach dwie finansowe matki, ubogą samorządową i hojną rządową, będą ssały tylko cielęta pokorne politycznie.

W kolejnej tzw. piątce Mateusza Morawieckiego najbardziej zdumiewa jedna obietnica. Oto dzięki jakiemuś niesprecyzowanemu rządowemu programowi mamy płacić mniej za oddawanie śmieci posegregowanych. Hasło równie nośne i sprytne, co złudne. Od wejścia w życie w 2013 r. nowego, organizowanego przez gminy dla wszystkich mieszkańców, system odbioru odpadów — z rynku wypadło wiele słabszych podmiotów, a te które się utrzymały śrubują obecnie ceny w przetargach. System ustawowo ma się zerować, tzn. gmina nie może na nim zarabiać, ale również dokładać z innych części budżetu. Wzrost stawek ostatnio wywołuje oczywiste niezadowolenie właścicieli nieruchomości.

Chwytliwa obietnica wyważa jednak otwarte już dawno opłatowe drzwi. Przecież ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach od pięciu lat nakazuje uchwalanie przez rady gmin niższych stawek za śmieci zbierane i oddawane selektywnie, zaś wyższych — za niesegregowane. O ile są wyższe — ustala gmina, ale obecnie pułapem jest dwukrotność stawki za odpady segregowane. Trzeba przyznać, że gminy podchodzą do tego problemu bardzo różnie. Wiele ustaliło dyscyplinarne taryfy dla niesegregujących po prostu jako dwukrotnie wyższe. Ale są i takie, w których wrzucający wszystko do jednego wora płacą więcej zaledwie o kilkanaście, czy nawet kilka procent. Relacja cenowa między dwoma kategoriami automatycznie wpływa na liczbę nieruchomości proekologicznych.

Rządowe preferencje mają jednak polegać nie na obniżeniu opłat za segregację, lecz na radykalnym podwyższeniu tych za niesegregację. Ministerstwo Środowiska widziałoby wzrost ustawowego mnożnika do… czterokrotności, i to obligatoryjnej. Taka usztywniona wysokość stawek miałaby zmienić nawyki w kwestii segregowania odpadów. Osobiście ten kurs popieram, w mojej gminie postulowałem kiedyś (gdy nie było limitu ustawowego), by karna stawka dla opornych wobec ekologii była wręcz uderzeniowa, pięciokrotna. Absurdalne jest jednak rozumowanie, że w śmieciowym bilansie gminnym podwyższenie stawek za odpady niesegregowane wpłynie na… obniżenie za segregowane. Na tym rynku ruch odbywa się tylko w górę. Notabene po niedawnej nowelizacji ustawy gminy uchwalały w 2018 r. nowe regulaminy i metody ustalania opłat. Oczywiście zrobią to ponownie w nowej kadencji, jeśli ustawa tak im nakaże. Zawsze decydować jednak będą prozaiczne pieniądze, a nie wyborcze chciejstwo, że „przy dobrej współpracy z dobrymi gospodarzami naszych małych ojczyzn będzie to możliwe”. Dobrymi gospodarzami mają być wszyscy wybrani 21 października lub w dogrywce 4 listopada, a nie tylko z list PiS.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski