Nadal czekamy na #dobrązmianę w gospodarce

Dobra zmiana w gospodarce wciąż się nie dokonała, pomimo tego, że nowa władza pracowała w dzień i w nocy. U progu 2016 roku kolejny raz mamy przykład, że gospodarka i finanse to w Polsce tematy nudne, który po wypaleniu się w kampanii wyborczej utonęły w szarej rzeczywistości politycznej i budżetowej.

Miliony złotych na lifting Pałacu Kultury 2

Nawet obecna konstrukcja rządu jest pod tym względem dychotomiczna – gospodarcze ministerstwa są mocno oddzielone od części strategicznej rządu. I to nie tylko dlatego, że za nudne uważają je politycy. Nie interesują one opinii publicznej.

Centrum uwagi, tak jak za pierwszej kadencji obecnej partii rządzącej, szybko przeniosło się w rejony, które określa się na rynkach finansowych czynnikiem „ryzyka politycznego”. Bez kozery i bez zbędnej zwłoki godnej najważniejszych spraw, nie marnując dni i nocy, nowa władza zaczęła porządki systemowe. Warto jednak przypominać, że w kampanii wyborczej obiecywano też skupienie się na poszukiwaniu szans rozwoju kraju. Rozbicie szklanego sufitu, barier dalszego rozwoju, które w tej chwili sprowadzają się w Polsce do tego, że praktycznie nie posiadamy żadnych długoterminowych oszczędności, że nadal po latach mamy jedną z najmniejszych aktywności zawodowych osób w wieku produkcyjnym, że nadal pożyczamy pieniądze na rynkach międzynarodowych drożej niż najsłabsze kraje strefy euro itp.

Dobra zmiana w gospodarce jest obiektywnie potrzebna i ważniejsza niż kiedykolwiek. Od kilku lat mamy coraz więcej objawów kraju w pułapce średniego rozwoju. Nadzieje na zmiany gospodarcze ograniczyły się na razie przede wszystkim do licznych obietnic pomocy. To oczywiście zrozumiałe w świetle celów kampanii. Finansowanie obietnic, od koronnego 500+, po pomoc publiczną dla „strategicznych segmentów” gospodarki, gdy w Europie właśnie zamyka się ostatnie kompanie węgla kamiennego; obniżki wieku emerytalnego, gdy mamy najniższą aktywność zawodową osób w wieku produkcyjnym. To wszystko miałoby dać impuls do dobrej zmiany, a niestety będzie z punktu widzenia całej gospodarki przelewaniem pustego w próżne. Zwiększanie podatków, poprawianie redystrybucji narzędziami administracyjnymi, ograniczanie roli samorządów i sektora prywatnego nie doprowadzi do dobrej zmiany, o czym już przekonał się poprzedni rząd. Warto więc teraz dostrzec błędy swoich poprzedników, bo (wbrew pozorom) mamy ryzyko wejścia w te same buty polityki gospodarczej.

Faktycznie mamy kolejne próby odnowienia starej, etatystycznej fasady, rajd na stanowiska i umocnienie przekonania, że status quo musi być zakonserwowany, a władza utrzymywana za wszelką cenę. Tu znów przejawia się oddzielenie resortów gospodarczych od pozostałej części rządu. Mamy kilku wicepremierów, ministrów, którzy formułują zarys strategii gospodarczej i póki co jest ona nie do końca przejrzysta. Płacimy pewną cenę za konserwatyzm gospodarczy i ufność w nadmierny etatyzm, który staje się normą od kilkunastu lat. To przekleństwo „zielonej wyspy”, cena niewątpliwego sukcesu gospodarczego, który zabrał bodźce i poparcie społeczne do bardziej zdecydowanego reformowania gospodarki. Poparcia, które miały rządy takich krajów Słowacja, Litwa czy Estonia, dalej Irlandia, Islandia, które zmuszone trudną sytuacją gospodarczą po kryzysie gospodarczym dokonywały odważnych i zdecydowanych decyzji gospodarczych.

Na dodatek szara rzeczywistość budżetowa dopadła nowy rząd szybciej, niż mogło się wydawać. Nowelizacja budżetu to w praktyce wykorzystanie oszczędności budżetowych, które ku zaskoczeniu  decydentów nowej władzy, pojawiały się po poprzednim rządzie. Dużo mówi się też o „luce podatkowej”, o mitycznych źródłach miliardowych dochodów dla budżetu, które hojnie sfinansują obietnice wyborcze, reindustrializację (czy w czasach gospodarki globalnej opartej na wiedzy, Polska ma wrócić do XIX wieku?), wzrost rozdawnictwa w ramach tzw. „pobudzania innowacyjności”, rozwój armii itd. Podobno mamy wydać na to ponad 1,2 bln zł. Dla porządku warto przypomnieć, że to kwota całych oszczędności Polaków, które w większości są już zagospodarowane, finansują kredyty mieszkaniowe, kredyty firm, długi samorządowe i oczywiście państwowe. Skąd wiec dodatkowe pieniądze? Czy wystarczą pieniądze unijne? W OFE zostało już niewiele pieniędzy, a i są one trudniej dostępne. Oczywiście można zawsze liczyć na to, że np. z programu 500+ znaczna część pieniędzy wróci do budżetu w postaci podatków pośrednich. Ale to za mało. W warunkach 70-procentowych sztywnych wydatków budżetowych to duże wyzwanie. Stajemy przed wyborem dalszego zadłużenia się, albo w sposób jawny na rynku długu, albo ukryty – poprzez rozpędzenie inflacji.

Truizmem jest stwierdzenie, że gospodarka jest systemem naczyń połączonych. Faktem jest jednak, że jeśli koszt polskiego długu wzrośnie o 1 proc., to z budżetu wypłynie 9 mld zł. Droższy o 2 proc. dług to już koszt programu 500+, a gdzie pieniądze na dalsze wydatki? A koszty długu będą rosły w ślad za burzeniem warunków makrostabilności ekonomicznej, niskiego ryzyka prawnego. Być może w systemie podatkowym są jeszcze rezerwy, ale warto pamiętać, kto jest ostatecznym płatnikiem VAT-u, na który wszyscy liczą. 70 proc. Polaków nie życzy sobie wyższych podatków. Polska krzywa Laffera już dawno osiągnęła punkt przegięcia. Z VAT-u, pomimo rosnącego fiskalizmu, już więcej wydobyć się nie da. Dokręcanie śruby podatkowej instytucjom finansowym, w tym poprzez coraz większe wpłaty na BFG, już spowodowało wzrost kosztów konsumentów. To jest tylko próbka działań, a rozwinięcie jej na inne branże skończy się drenażem portfeli obywateli.

Rzeczywistość gospodarcza nie znosi próżni. Prawdziwym problemem Polski nie są dziś rządy takiej czy innej opcji. Prawdziwym problemem Polski jest brak pomysłu na rozbicie szklanego sufitu, pozbycie się barier średnio- i długoterminowego rozwoju. Ten sufit to nadal relatywnie wysokie koszty finansowania, koszty ryzyka walutowego, brak innowacji mających globalny rynek zbytu i wysokie koszty transakcyjne. W gospodarce globalnej, w której trwa permanentna wojna walutowa, znajduje się też samotna Polska. Nadal niczym zielona wyspa, ale ponosząca coraz bardziej dotkliwe koszty bycia krajem drugiego sortu, w coraz bardziej integrującej się gospodarczo Europie. Zamiecione pod dywan uczestnictwo Polski w strefie euro, nasza pozycja handlowa, inwestycje w edukację i transfer technologii. Warto pamiętać, że choroby przewlekłe leczy się dobrymi lekarstwami, a nie suplementami, które sobie po 2005 roku regularnie w gospodarce serwujemy. Czy jesteśmy już jednak chorzy, czy potrzebujemy nadal gospodarczego efektu placebo? Na to pytanie nie ma oczywiście jednoznacznej odpowiedzi. Jednak co gorsza, nie ma o tym rzeczowej dyskusji, szukania konsensusu. I tego najbardziej brakuje, tak poprzedniej, jak i obecnej władzy.

Bogusław Półtorak
Bogusław Półtorak