Perfekcyjna polska pani domu

AEG, Bosch, Samsung, Whirlpool, Gorenje i Dirt Devil – takie marki AGD mam w domu. Ani jednego Zelmera, Polara czy Amiki, chyba jedynych polskich marek sprzętu gospodarstwa domowego, które przetrwały do dziś. Naprawdę nie wiem, dlaczego 12 lat temu, jak wyposażałam dom, nie kupiłam polskiego brandu. Może uważałam, że lepsza będzie pralka Whirlpool niż Polar, chociaż to ta sama firma? Dlaczego nie kupiłam polskiej kuchni: nie tylko wyprodukowanej w Polsce, ale i zaprojektowanej przez Polaków i przynoszącej zyski polskim akcjonariuszom? Mogłam też kupić odkurzacz Zelmera, ale teraz trochę po ptakach, bo fabrykę przejął BSH (chociaż markę Niemcy zostawili). Ale nawet, jak bym kupiła, to i tak by nie dotrwał do dziś. Nie ze względu na jakość, po prostu żaden odkurzacz nie wygra z moim mężem. Co i rusz coś w domu modernizuje, a potem – wiadomo – trzeba odkurzyć pył i odkurzacz się zatyka. Dlatego mamy teraz dziadostwo za 60 zł, bo i tak długo nie wytrzyma (mąż właśnie ułożył niby-cegły na ścianie).

Wstyd z tym AGD, a w dzisiejszych czasach lepiej się do takiego braku patriotyzmu nie przyznawać. A właśnie ostatnio na topie jest duma z Polski. Niektórzy są dumni z nawet najbardziej obciachowych polskich zachowań – szowinizmu, katolicyzmu na pokaz, itd. Tym bardziej powinniśmy być dumni z dobrych produktów. Zresztą minister rozwoju zapowiadał, że będzie działać na rzecz polskiej marki. Ja chciałabym być dumną posiadaczką polskiego sprzętu AGD: pralki Polar – pamiętam, stała u rodziców lata całe, telewizora, powiedzmy, Belweder i kuchenki Amica.

Mam noworoczne postanowienie: jak mi się coś zepsuje, kupię coś polskiego. Tylko co to jest „polskie”? Jeśli „Made in Poland”, to prawie wszystko będzie OK. Polska jest największym w Europie producentem AGD – zakłady mają Whirlpool (który przejął jeszcze ostatnio Indesit i jego kilka fabryk), Electrolux, BSH, Samsung, LG, nasza polska Amica. Można by kupić lodówkę marki Indesit (z Radomska) albo LG (produkuje je w Kobierzycach) czy Samsunga (we Wronkach). Albo telewizor – może Sharpa, bo wiadomo, że wyprodukowany w Łysomicach przez UMC, który z fabryką kupił licencję na Europę.

A może pójść ambitniej i kupić polską markę made in Poland, czyli taki odkurzacz Zelmera czy pralkę Polar wyprodukowane w Polsce? Tyle, że zarobi na tym niemiecki albo amerykański właściciel. Zostaje Amica. Może kupić jej lodówkę? Ale we Wronkach produkują tylko kuchnie, a resztę AGD zlecają zewnętrznym firmom z Turcji czy Chin. Albo lepiej elektronikę Samsunga, bo niewykluczone, że oprogramowanie robili Polacy z biura R&D w Warszawie. Co się bardziej liczy: miejsca pracy, zysk polskich właścicieli czy polska myśl?

Może świadomi konsumenci powinni oczekiwać wszystkiego naraz? Wyprodukowanego w Polsce sprzętu wymyślonego (przynajmniej częściowo) przez Polaków i z polskim brandem? Czwarta rewolucja przemysłowa, gdzie maszyny w fabryce mają komunikować się ze sobą, ma pozwolić na produkcję małych serii „na zamówienie”. Może by tak koncerny AGD zrobiły ukłon w stronę Polaków i rzuciły na rynek Franie, Belwedery, Tatry, Wróble, Kujawiaki, Chopiny, Żubry, Malwy, Wierzby, Żbiki, Wisły, Bałtyki, Mamry czy inne? Skoro można zrobić pastę do zębów z napisami po polsku (czyli pewnie w Czechach można kupić tę samą pastę z napisami po czesku, itd.), to co szkodzi nakleić na sprzęt AGD „narodową” markę? Nie wiem, jak się sprzedają Wojasowi Relaksy, ja nie miałam tych butów nigdy, to i nie kupiłam przez sentyment. Ale polskich marek pralek, lodówek czy telewizorów z polską myślą i z polskich fabryk bardzo bym chciała.

Małgorzata Grzegorczyk
Małgorzata Grzegorczyk