Odpowiedzialność za zamieszczane w sieci opinie, porady prawne i diety cud…

Internet to dziś potężne i niezwykle bogate źródło informacji. W sieci można zamieścić dowolną ilość informacji, porad czy opinii. Niestety, niektóre z nich mogą okazać się nieprawdziwe (tzw. fake newsy), niesprawdzone, naruszające cudze dobra osobiste, czy wręcz niebezpieczne (np. materiały zachęcające do wstępowania do organizacji terrorystycznych). Rodzi się więc pytanie, czy i jaką odpowiedzialność ponoszą twórcy tego rodzaju fałszywych czy groźnych materiałów.

 

Czy można zaryzykować stwierdzenie, że „internet wszystko przyjmie”, a osoba zamieszczająca w nim konkretne treści może robić to bez obaw poniesienia konsekwencji?

Absolutnie nie. Internet, jak każde inne medium podlega zasadom dotyczącym zamieszczania w nim odpowiednich treści. W pewnych sytuacjach, za publikację nieodpowiednich materiałów należy liczyć się z możliwością poniesienia konsekwencji cywilno- lub karnoprawnych.

 

Ale czy to nie kłóci się z wolnością słowa i prawem do swobodnej wypowiedzi?

Rzeczywiście można odnieść takie wrażenie, ale jest ono nieprawdziwe. Owszem, obywatel państwa demokratycznego cieszy się swobodą wypowiedzi i wolnością słowa, ale musi też pamiętać, ze każda wolność ma swoje granice; filozoficzna idea głosi, że wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Innymi słowy, za przekroczenie granic każdej wolności, w tym wypadku wolności słowa, grożą sankcje.

 

Na ile precyzyjnie określone są owe granice określone w stosunku do działalności w internecie?

Prawo, a dokładnie kodeksy karny i cywilny określają je dosyć precyzyjnie. Np. artykuł 23 Kodeksu Cywilnego wymienia cały katalog dóbr osobistych, których naruszyć nie wolno m.in. w publikacjach medialnych:

„…Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach…”

Ten sam kodeks daje poszkodowanym możliwości walki o swoje, naruszone wcześniej, prawa. Jako przykład można podać kroki, jakie może zgodnie z art. 24 k.c. oraz art. 83 w zw. z art. 78 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych podjąć osoba, której wizerunek został bezprawnie opublikowany w internecie, są to:

 

  • żądania zaniechania dalszego rozpowszechniania wizerunku
  • doprowadzenia do usunięcia skutków naruszenia prawa do wizerunku
  • otrzymania nawet trzykrotności wartości wynagrodzenia za wykorzystanie wizerunku (gdy naruszenie tego prawa ma charakter zawiniony)
  • odszkodowania za doznaną krzywdę związaną z naruszeniem
  • przekazania określonej sumy na wskazany przez uprawnionego cel społeczny

 

W sukurs kodeksowi cywilnemu idzie kodeks karny, precyzując m.in. pojęcie zniesławienia, jako pomówienia, poniżającego w oczach opinii publicznej lub narażającego na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, a także określając karę za nie – ograniczenie wolności lub grzywna, a jeżeli zniesławienia dokonano za pośrednictwem mediów, karą może też być pozbawienie wolności do 1 roku. Powyższe przykłady pokazują wyraźnie granice wolności wypowiedzi i odpowiedzialność jaką poniesie ktoś, kto je naruszy.

 

Załóżmy jednak sytuację, w której publikowane treści nie naruszają niczyich dóbr, nie są nielegalne, a mimo to prowadzą do negatywnych skutków; chociażby porady dotyczące ćwiczeń fizycznych, po których ktoś odniósł ciężką kontuzję?

To rzeczywiście skomplikowany problem, któremu starają się zaradzić regulaminy dotyczące zamieszczania treści w sieci,zawierające klauzule ostrzegające czytelników. Mogą one brzmieć chociażby tak:

„Poniższe stanowisko jest jedynie moją prywatną opinią a nie potwierdzonym stanem faktycznym”, „Zanim rozpoczniesz moją dietę skonsultuj się z lekarzem”, „Zaprezentowane tricki przeprowadzili specjaliści, nie próbujcie ich naśladować” itp. Generalnie mają one przenieść ciężar odpowiedzialności z twórcy na odbiorcę. Z życia wziętym przykładem może być popularny program „Śmierć na 1000 sposobów” – jego twórcy wyraźnie przestrzegają widzów przed naśladowaniem zaprezentowanych scen, ponieważ w ich konsekwencji można ponieść poważne obrażenia, a nawet śmierć.

Gdyby jednak takich klauzul zabrakło, twórca takich materiałów faktycznie mógłby ponieść konsekwencje, związane z naruszeniem cudzych dóbr osobistych.

 

Jednak nie każda nieodpowiedzialna treść musi wiązać się z tak drastycznymi konsekwencjami jak w przytoczonym programie. Co jeżeli na skutek porad dotyczących stylu życia, nastolatkowie opuszczą się w nauce, a małżeństwo wpadnie w kryzys czy nawet rozpadnie się?

W tym momencie, cytując klasyka: „Skończyła się zabawa, zaczęły się schody”. A dzieje się tak dlatego, że prawo to nie jedyny system normatywny obejmujący kwestie odpowiedzialności za działalność internetową. Drugim jest moralność (etyka).

Moralność, z racji swojej ogólności, nie precyzuje tak dokładnie jak prawo zasad twórczości w sieci. Raczej odnosi się bezpośrednio do poczucia odpowiedzialności i przyzwoitości twórców; jak wykazały badania Natalii Hakalskiej z 2016 roku, zawarte w raporcie „Rola blogerów i youtuberów we współczesnym świecie”, już 95% twórców treści internetowych zdaje sobie sprawę z wpływu, jaki wywierają na swoich odbiorców. Kładzie to zatem na ich barki troskę o los tych, którzy im po prostu zaufali. Tak pojmowana odpowiedzialność etyczna wymusza na nich tworzenie takich materiałów, które nie spowodują negatywnych konsekwencji dla tych, którzy się z nimi zapoznają.

 

Dotąd mówiliśmy tylko o twórcach. A co z odpowiedzialnością administratorów stron i serwerów, na których pojawiają się kontrowersyjne treści?

Tutaj sprawa jest o wiele prostsza; dostawcy usług nie ponoszą odpowiedzialności za zamieszczane na ich serwerach treści, chyba że otrzymają oni sprawdzoną informację,  iż przechowywane przez nich materiały naruszają prawa osób trzecich (lub łamią prawo w inny sposób, np. propagując treści nazistowskie, rasistowskie czy tez faszystowskie). To konsekwencja zasady „Notice and takedown” (dosł. powiadom/zauważ i usuń), mówiącej że prawo nie pociąga dostawcy usług do odpowiedzialności za zamieszczone na jego serwerze sprzeczne z prawem treści, ale pod warunkiem, że nie dysponuje on wiedzą dotyczącą tychże treści:

„…„…odpowiedzialność podmiotu świadczącego hosting jest możliwa w dwóch przypadkach, a mianowicie: gdy posiada on wiedzę o bezprawnym charakterze udostępnionych za jego pośrednictwem danych a także wtedy, gdy mimo otrzymania urzędowego zawiadomienia lub uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze udostępnionych danych nie uniemożliwił on dostępu do tych danych…”

Niko Bałazy