Regulacja krypto… czyli książka skarg i życzeń

Od prawie roku w środowisku blockchain, kryptowalut i Fintech trwa ożywiona debata w kwestii regulacji branży, stosunku i podejścia do niej regulatora i wytyczania zakresu swobody dla prowadzenia biznesu. Debatę tą podsyciły w gruncie rzeczy dwa, elektryzujące środowisko, wydarzenia, tj. zamrożenie przez nadzorcę projektu piaskownicy regulacyjnej oraz upadek, tzw. „giełdy” kryptowalut BitMarket. Oba te wydarzenia, jak można się było spodziewać otworzyły swego rodzaju książkę skarg i życzeń ze strony branży, przy zachowaniu stoickiego milczenia strony rządowej. Skomentujmy to trochę.

Foto: Fotolia.pl

 

Od razu pojawia się jedno spostrzeżenie. Mianowicie, branża kryptowalut dała sobie (nie będąc być może tego świadoma) narzucić narrację i jej interpretację ze strony środowisk jej nieprzychylnych dążących do jej marginalizacji bądź całkowitego wyeliminowania. Jeśli bowiem powstaje kontrsystemowy nurt starający się nieść przesłanie nadciągającej Zmiany, która ma w zamierzeniu usunąć skostniałe status quo, to trzeba być w sferze semantycznej i działań konsekwentnym i jednoznacznym. Tymczasem, od lat trwa prześciganie się w tym, czy to co jest oferowane społeczeństwu to nowa rzeczywistość monetarna mająca pozostawać poza kontrolą rządów i banków centralnych i tym czymś ma być ów zdecentralizowany pieniądz cyfrowy mający być fundamentem jakiejś tworzącej się globalnej Republiki Wolności na anarchizującą modłę. A skoro tak, to skąd się bierze potrzeba uzyskiwania owego placetu legalizmu? Z drugiej strony, społeczeństwu śle się również przekaz, że to co jest nabywane to przecież żaden nowy pieniądz „bity” przez globalną Republikę Wolności, lecz jakiś rodzaj instrumentu inwestycyjnego tylko może bardziej wyrafinowanego niż „zwykłe”, „proste” instrumenty pochodne, które przecież na rynku inwestycyjnym się opatrzyły i stały niemodne. Instrumentu, dzięki któremu można zarobić krocie, wywołując tym samym frenetyczną pogoń za zyskiem, tj. wyimaginowanym sukcesem. Stąd konstrukcje na różne „tokeny” itp. dystrybuowane poprzez różne platformy foreksowe, czy też tzw. „giełdy kryptowalutowe” – będące sensu stricte hybrydą rozwiązań powiernictwa, elementami foreksowej brokerki i internetowego kantoru wymiany walut. Stąd również i pukanie do drzwi regulatora, by zarówno rozwiązania „produktowe” (tokeny) jak i mechanizmy handlu nimi zalegalizować i zrównać je z bytami regulowanego, oficjalnego świata mainstreamu finansowego. Przypomina to trochę rewolucję pożerającą własne dzieci. Jednak zdaje się, iż niedawno organ nadzoru nad rynkiem finansowym wydał komunikat, w którym stwierdził, że błądzącymi we mgle nie jest władny się zajmować.

 

OK., regulujmy – tylko co (czyli – podróż do świata technikaliów)…

Branża krypto-aktywów mimo wszystko jednak coraz głośniej podnosi kwestię regulacji sektora, będącego na pograniczu mainstreamu rynku finansowego licząc na to, że regulacje te zdejmą odium i cień z biznesów kojarzących się z takimi projektami, jak scam coiny lub scam tokeny, tzw. „giełdy” kryptowalutowe (których upadek tworzy skojarzenia z piramidami finansowymi) czy też wymuszenia i szantaże, do których używa się, tzw. kryptowaluty. Pojawiają się też głosy, żeby może nic nie regulować, gdyż każda ingerencja rządu to przeszkadzanie w rozwoju biznesu, że dobrze jest jak jest, że lepiej pozostawić status quo nienaruszone. Są również opinie, żeby wpierw zacząć regulować sektor Fintech, później technologię blockchain a na koniec dopiero, tzw. kryptowaluty. Niezależnie jednak od którego końca regulacja się rozpocznie to na początek należałoby ustalić co się chce regulować, gdyż dzięki temu uzyska się obraz tego czy to coś da się uregulować czy też nie. Ponadto również, kto byłby władny i kompetentny to robić.

Czym są kryptowaluty? To jak owe kryptowaluty zostaną określone, to da szansę na przyporządkowanie tego zjawiska do danych obszarów regulacji. Kierując się doświadczeniem w świecie regulacji wiem, że żaden urzędnik nie będzie się zajmował próbą regulowania czegokolwiek, czego nie mógłby zrozumieć i zaklasyfikować. I żadne naciski nie odniosą żadnego efektu, jeśli rząd i jego urzędnicy nie będą mieli jasności co mają regulować, w jakim celu i kogo to będzie dotyczyło.

Kryptowaluty. Czyli coś, w czym pomieszała się trochę wirtualna rzeczywistość komputerowych gier przygodowych i fantasy, w których za jakieś osiągnięcia, pokonywanie kolejnych etapów, poziomów itp. jest się nagradzanym specjalnymi punktami (tokenami) z zabawami eksperymentujących informatyków, programistów, matematyków, statystyków i ekonometrów szukających intelektualnych przygód i pragnących odpowiedzieć na pytanie, „Czy jak z tej wirtualnej rzeczywistości gry wyciągnę te tokeny i już nie będę nagradzał i dokonywał transakcji pomiędzy tymi Gnomami, Hobbitami czy innymi Sauronami lecz zwykłymi ziemskimi ludźmi to czy to da się? I czy za dany token kupię chleb, samochód, mieszkanie czy wycieczkę na księżyc?” Tak postawione pytanie każe postawić następne, tj. „W porządku, jeśli rząd tworzy w komputerze pieniądze, to czy można robić tak samo jako on?” (Nawiasem pisząc, myśli się w ten sposób, bowiem w powszechnym mylnym mniemaniu, biorącym się stąd, iż idzie się po linii najmniejszego oporu, to rząd w komputerze tworzy te pieniądze a nie bank centralny. Mimo wszystko jednak bank centralny to nie rząd, co wykazuję niżej.)

Można sobie wobec tego przypomnieć, że gdzieś kiedyś w jakiejś rzeczywistości danej gry stworzona została jakaś aplikacja, która umożliwiała za pośrednictwem Internetu (czy sieci Usenet lub podobnej) komunikować się i transferować dane tokeny między użytkownikami tej gry, jednak ograniczone to było tylko do nich samych. Cel jednak rewolucyjny umysł matematyczno-informatyczny postawił sobie taki, żeby takim rozwiązaniem objąć cały Świat. Pojawiła się konieczność rozwoju sprzętowego, gdyż wydajność pojedynczej jednostki PC nie wystarczała. I zamiast zwykłej biurkowej (lub podbiurkowej) jednostki trzeba było dokupić i utrzymać dodatkowe serwery. Te z kolei, gdzieś trzeba było zmieścić, choćby i w blaszanym kontenerze obok garażu rodziców. W ten sposób powstała pierwsza „kopalnia”. Powoli się wobec tego zaczął robić z tego biznes, w którym takie zmienne jak „zysk -strata”, czy też amortyzacja zaczęły coraz bardziej odgrywać rolę kluczową.

Z początku w życiu każdego biznesu pojawiają się wyłącznie straty, które jak najszybciej trzeba pokrywać przychodami. W tym celu należało wymyślić jakiś produkt, który da się na rynku sprzedać jako coś innowacyjnego. Ten produkt nie mógł być jakąś kolejną nudną aplikacją, której nikt tak w istocie nie zauważy, lecz czymś zgoła samo w sobie nadzwyczajnym. Skoro zatem zwykły pieniądz jest nudny, trzeba było zrobić, by lepszy pieniądz był pieniądzem nienudnym. By on taki mógł być, to powinien być np. w formie zaszyfrowanej lub dającej się szyfrować. Przecież już wcześniej, tj. w rzeczywistości zwykłego Internetu Web. 2.0 można było przekazywać pliki dokumentowe, arkusze kalkulacyjne, graficzne, bądź tekstowe zaszyfrowane systemowym programem szyfrującym czy to w środowisku systemu DOS, Windows lub Linuxowym. Tutaj należało jednak znaleźć format pliku, który mógłby spełniać warunki pieniądza wirtualnego. Do tworzenia takiego formatu doskonale nadawało się środowisko systemu Linux ze względu na swoją wolnościową, by rzec anarchizującą cechę architektury otwartej (Open Source’owej) dającej dostęp do źródłowego kodu systemu w odróżnieniu od architektury Microsoft’owego Windowsa, który takiej możliwości nie daje. Kontr-systemowa kultura zwolenników środowiska Linux uznaje się poza tym za szczególną elitę, dzielnie walczącą z systemowymi hegemonami (takimi jak np. Microsoft) oskarżanymi o wspieranie systemowego establishmentu lub bycie jego częścią. Można sobie tylko wyobrazić, iż w umyśle programisty tworzącego wirtualny cyfrowy pieniądz w systemowym środowisku Linuxowym mogła odtwarzać się szczególnie napędzająca do działania sekwencja gry fantasy walki Dawida z Goliatem (wersja stabilna nr 3.10.20123).

Trzeba było jednak ów wirtualny pieniądz sprzedać na rynek, by móc choćby za co opłacić akademik, dietetyczną colę i zamawianego Big Mac’a. Wprawdzie żyjąc w informatycznej komunie wśród rówieśników coraz lepiej zaczął wyglądać handel innowacyjnym produktem, to jednak do osiągnięcia pożądanego punktu przełamania było jeszcze daleko. (I teraz znowu nawiasem pisząc, ów handel z początku może nawet i chaotyczny coraz bardziej zaczął nabierać wyraźnych kształtów poprzez tworzenie, tzw. „giełd” wewnętrznych, których „architektura” oparta została o sieć skomunikowanego ze sobą – przy pomocy komunikatorów internetowych – środowiska studenckiego i licealnego.) Konieczny był zatem jakiś spektakularny impuls, który cyfrową innowację mógłby rozsławić na cały Świat. Tym czymś stało się stworzenie zupełnie wirtualnej nieregulowanej „giełdy” zewnętrznej, na której można było skoncentrować daną podaż cyfrowej innowacji i zakumulować na nią popyt. By za zwykłe, jak najbardziej namacalne pieniądze fiducjarne móc kupować i sprzedać zwirtualizowany produkt cyfrowy, będący w zasadzie dobrze rynkowo opakowaną funkcją matematyczną. Żeby ten produkt mógł być dobrze sprzedany, to należało wobec tego opisać go w sposób podobny do prac na zaliczenie na poziomie Bachelor’s (licencjat), będących czymś więcej niż wypracowania na poziomie licealnym. Tak się zrodziła „instytucja”, tzw. White Paperów. Ta instytucja wraz z wykorzystaniem na coraz większą skalę siły oddziaływania mediów społecznościowych stworzyły rynek wtórny dla produktu, który w coraz mniejszym stopniu stawał się czymś w rodzaju antysystemowego pieniądza, zaś w coraz większym stopniu wyrafinowanym instrumentem inwestycyjnym. Instrumentem, który powstał poza mainstreamem rynku finansowego, ale to akurat nie miało większego znaczenia.

W Ameryce najdziwniejsze rzeczy sprzedają się najdrożej i mają ceny najwyższe. To jest zresztą kraj wyrosły na spekulacji, obeznany z ryzykiem, silnie indywidualistyczny i traktujący porażki jako sposób na samodoskonalenie się i samokształcenie. Stąd też pojawienie się czegoś nowego, atrakcyjnego intelektualnie, rewolucyjnego i dającego szczyptę hazardu zapewniło wśród prawie 300 mln społeczeństwie wystarczającą rzeszę wyznawców Nowej Wiary Finansowej. W ten sposób, ów wirtualny cyfrowy wynalazek (ergo, nowy spekulacyjny przedmiot pożądania) wydostał się z akademickich campusów, by trafić na najzwyklejszą ulicę ogromnych metropolii, dużych miast, średnich, mniejszych aż wreszcie tamtejszych wsi. Narastająca masa graczy uczyniła z tego prawie narodowy sport, by w szczycie koniunktury osiągnąć wynik w postaci blisko 18 tys. USD za 1 BTC. Amerykanie lubią się zakładać, są właściwie ojczyzną wielu gier hazardowych, w tym m.in. jednorękich bandytów itp. Siła tego wraz z oprzyrządowaniem w postaci szerokopasmowego Internetu (Web 2.0), nasycenia urządzeniami mobilnymi i łatwością transferów pieniężnych (w pieniądzu fiducjarnym) dały impuls do powstania, tzw. „giełd” zewnętrznych. To na nich właśnie ów szyfrowany wirtualny instrument inwestycyjny łapał szczyty kwotowań.

Zanim jednak zaczęły powstawać te „giełdy” wewnętrzne i zewnętrzne trzeba było się zabezpieczyć na okoliczność, gdyby ktoś chciał nowy cyfrowy wynalazek mówiąc najoględniej sfałszować. Jest to zrozumiałe, bowiem oryginalne z metką znanej marki jeansy, adidasy etc. kosztują znacznie więcej niż ich podróbki (bootlegi) wobec czego w tym przypadku należało zrobić tak, by wynalazku tego nie dało się podrobić. Jak się wobec tego można było łatwo zabezpieczyć przed możliwością fałszerstwa? Ano w ten sposób, że z jednej strony wynalazek cyfrowy ze względu na sposób i zasady jego wpuszczania do systemu, jego format i jego cechy został wystandaryzowany  tworząc tym samym blok informacji, z drugiej natomiast, że o dalszej jego dystrybucji decydowało uzyskanie kwalifikowanej (60%) większości głosujących, którymi są operatorzy węzłów, za pośrednictwem których ów cyfrowy wynalazek zaczął być dystrybuowany. W ten sposób wynaleziono blockchain oraz sieć rozproszoną, zdecentralizowaną (publiczną, niepubliczną i hybrydową). Okazało się, iż przy okazji wynaleziono doskonały sposób na dystrybucję niepodrabialnych dokumentów, które jeśli znajdą się w tej sieci to już nigdy nie zostaną z niej usunięte. Dokumenty ten nazwano „inteligentnymi kontraktami” (smart contractami), zapewne dlatego, iż w czasie kiedy były one wynajdywane furorę dla wszystkiego co ponadprzeciętne i wyróżniające się robiło pojęcie „inteligentny”.

Stworzenie nowego cyfrowego wynalazku, mającego być w swoich założeniach pieniądzem; tzw. White Paperów; blockchaina i smart contractów; jak również, tzw. „giełd” wewnętrznych i zewnętrznych, otworzyło pole do powstania kolejnych innowacji. Przecież skoro „emisja” nowego wirtualnego „pieniądza” odbywa się w łudząco podobny sposób do emisji zwykłych papierów wartościowych (poprzez mechanizm Initial Public Offering – IPO), to w tym przypadku należy z mainstreamowego rynku kapitałowego skopiować nieco wzorzec i nazwać swoją emisję „pierwszą ofertą coin’ów” (Initial Coin Offering – ICO). Plasowanie owego ICO odbywa się już jednak według wszystkich klasycznych mechanizmów co plasowanie IPO na mainstreamowym rynku kapitałowym (poprzez proces budowania, tzw. księgi popytu, book-buliding), z tą może też istotną różnicą że ICO, jak i same coiny, nie są w ogóle regulowane (przynajmniej w większości państw) zaś instrumenty inwestycyjne plasowane poprzez IPO już tak. Wtórny już obrót coinami jest również nieregulowany, pomijając niepisane przeważnie zwyczaje i zasady środowiskowe i posiadaczy owych coinów. ICO oraz smart contracty wykreowały kolejny „wynalazek”, tj. całą gamę tokenów. Powstawać zaczęły tokeny okolicznościowe, osobiste i tzw. inwestycyjne. Co do zasady, to co je wyróżnia, to nie sposób ich tworzenia lecz przede wszystkim cel. Generalnie rzecz biorąc w nieistotnym stopniu walka o regulacyjne uznanie odbywa się w odniesieniu do dwóch pierwszych rodzajów, co w odniesieniu do ostatniego. Wyznawcy bowiem Nowej Wiary Finansowej są przekonani, iż tzw. tokeny inwestycyjne i ich oferowanie (zwane jako STO – securities token offering) winny korzystać z tej samej ochrony prawnej co oferta publiczna „klasycznych” papierów wartościowych, takich jak akcje, obligacje, certyfikaty inwestycyjne lub wystawiane (gdyż co do zasady je się wystawia a nie emituje) instrumenty pochodne. Nie wszyscy jednak regulatorzy podzielają ten pogląd. Skutkiem tego jest dążenie do tego, by tokeny inwestycyjne przenosić na słabiej regulowane platformy crowdfundingowe. Platformy, które są zdecydowanie łatwiejsze do ich oparcia na architekturze blockchain niż jest to możliwe w przypadku scentralizowanych giełd instrumentów inwestycyjnych, papierów wartościowych bądź towarowych. Poniekąd można też i spytać, po co scentralizowanym giełdom architektura systemowa, która wyrosła jako zaprzeczenie ich sedna i wewnętrznej logiki. Idąc dalej, jaką kompatybilność technologiczną i systemową rynki centralne mogą zapewnić, w przypadku „wpinania” weń rozwiązań aplikacyjnych opartych na, tzw. systemie rejestru rozproszonego. Czyż nie przypominało by to trochę dopasowywania śruby (skalowanej do systemu metrycznego) do klucza skalowanego do systemu calowego?

 

OK… regulujmy – tylko kto?

Środowisko kryptowalutowe oraz blockchain skarży się publicznie, iż nie może ono znaleźć adekwatnego partnera do rozmowy. Trzeba wobec tego uporządkować tą scenę, by móc zidentyfikować właściwych aktorów do właściwych ról. Normą porządkującą jest tutaj art. 7 Konstytucji RP z 1997 stanowiący, iż „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa.” Zapis ten rozumie się, iż aby ktoś miał kompetencję, musi ona być wyraźna tj. wskazana. Na razie nie ma wskazania, to i nie ma organu właściwego. Mimo to go poszukajmy.

Zanim przejdę dalej parę uwag instytucjonalnych. Instytucjonalny ład w Rzeczypospolitej Polskiej stanowi, że w systemie finansowym państwa jest podział na instytucje i organa władne regulowania poszczególnych sfer tego systemu. Piszę regulowania i celowo to rozgraniczam z nadzorowaniem. Powszechny błąd polega na tym, że oba pojęcia są mylone, traktowane synonimicznie. Tymczasem jest nieco inaczej. Sfera bowiem regulacji odnosi się do prawotwórstwa, czyli konstytucyjnego umocowania do tworzenia norm, zasad i zgłaszania inicjatywy ustawodawczej w tym zakresie. Z kolei nadzoru, obejmuje te instytucje, organa bądź urzędy, które upoważnione są na mocy ustawy do nadzorowania w imieniu państwa danego obszaru gospodarczego. I dlatego też, jeśli KNF wydaje oświadczenie, iż nie może nadzorować, tzw. giełd kryptowalutowych, to tak jest w istocie. Państwo (poprzez ustawodawcę) bowiem nie „zleciło” temu Urzędowi zajmowania się tym obszarem. I nie ma nic do rzeczy to, że uznane autorytety środowiskowe będą twierdziły, iż według nich, tzw. giełdy kryptowalutowe są jakąś częścią rynku finansowego, więc KNF ma się nimi zajmować. Można powiedzieć więcej, mianowicie zajmowanie się nimi przez Urząd mogłoby zostać uznane za niewykonywanie w sposób wystarczający i należyty ustawowych obowiązków, a tym samym narażanie uczestników sektorów nadzorowanych, tj. określonych w art. 1 ust. 2 ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym, na potencjalny uszczerbek finansowy. Klienci np. upadającego banku lub SKOK’u mogliby wówczas zasadnie pytać, czym się zajmował Urząd wtedy, kiedy jedna bądź druga instytucja upadała, jeśli Państwo „zleciło” temu Urzędowi zajmowanie się jednym bądź drugim. Jest jeszcze i takie spostrzeżenie, iż trudno sobie wyobrazić, żeby jakikolwiek szef pionu w Urzędzie Komisji czy też dyrektor departamentu w tym pionie mógł zostać legalnie uznany za kompetentnego regulowania czegokolwiek na rynku finansowym, skoro wykonuje on bądź to funkcje licencyjne bądź inspekcyjne. Departament Prawny Urzędu wszelako również nie pełni funkcji regulacyjnych. Dotyczy to także obszaru Fintech, który nie konieczne musi być tym samym co środowisko kryptowalut. Nawet wytyczne mikronadzorcze w postaci sektorowych rekomendacji mają charakter instrukcyjny nie zaś norm powszechnie obowiązujących, co zresztą kiedyś było podnoszone w październiku 2010 r. przez Ministra Finansów do Szefa Rządowego Centrum Legislacji, w pracach nad projektem ustawy o nadzorze makroostrożnościowym i zarządzaniu kryzysowym w systemie finansowym, iż zgodnie z art. 87 ust. 1 i art. 92 ust. 1 Konstytucji RP aktami wykonawczymi do ustawy mającymi charakter powszechnie obowiązujący mogą być wyłącznie rozporządzenia wydawane przez organy wskazane w Konstytucji RP. KNF nie została wymieniona w ich składzie. Z kolei, to że na początku 2018 r. w siedzibie Urzędu odbyło się spotkanie robocze Grupy ds. Fintech mogło wynikać stąd, iż Minister Finansów poprosiła Przewodniczącego Komisji o udzielenie gościny, by w lokalu Urzędu zorganizować niezobowiązujące spotkanie w celu zebrania uwag, opinii, stanowisk i komentarzy celem późniejszego przełożenia tego na ewentualny raport branżowy. Nic ponadto mogło nie wynikać z celu organizacji takiego spotkania. Na podobnych kiedyś zasadach w siedzibie dawnego urzędu Komisji Papierów Wartościowych i Giełd były w 2003 r. organizowane spotkania celem przygotowania, tzw. Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego „Agenda Warsaw City 2010”.

Spośród szeregu instytucji i podmiotów obecnych w systemie finansowym (mylnie nieraz traktowanym jako rynek finansowy) ustawodawca czyni głęboki ukłon w stronę banku centralnego poprzez tworzenie normy ekskluzywnej nadającej jemu wyłączność prawa emitowania pieniądza oraz ustanawiania i realizowania polityki pieniężnej. Wprawdzie bank centralny nie posiada inicjatywy ustawodawczej, gdyż przysługuje ona posłom, Senatowi, Prezydentowi Rzeczypospolitej i Radzie Ministrów, to raczej nie sposób myśleć, iż podjęcie przez kogokolwiek z wyżej wymienionych jakichkolwiek działań czy kroków wchodzących w ustanawianie i realizowanie polityki pieniężnej bądź emisję pieniądza byłoby konstytucyjnie skuteczne oraz legalne. A to może mieć kolosalne znaczenie dla uregulowania branży kryptowalut, wbrew jakimkolwiek pozorom. Jeśli kryptoaktywa mają być uznane za formę cyfrowego pieniądza, to konstytucyjną instytucją odpowiedzialną za to, co dzieje się z pieniądzem jest bank centralny. Ów bank nosi nieraz miano, tzw. władzy monetarnej. Władzy, decydującej nie tylko o tym, jakie bilony czy banknoty (czyli tzw. znaki pieniężne) mają znajdować się w obrocie gospodarczym oraz ile ma być jednych i drugich, ale również posiadającej władztwo nad obrotem dewizowym. Jedynie wobec tego drugiego obszaru można by się spodziewać, iż bank centralny zaakceptować by mógł pojawienie się w oficjalnym obrocie gospodarczym, tzw. walut cyfrowych innych niż pieniądz krajowy. Pieniądz, na który ma państwowy monopol emisyjny, zgodnie z ustawą o Narodowym Banku Polskim.

Wyznaczając ramy dyskusji o pieniądzu i walutach obcych należy wpierw wprowadzić kilka definicji prawnych opisujących tą sferę. Konstytucja o pieniądzu traktuje tylko raz (w art. 227) określając wyżej wspomniane już prawo i zadania Narodowego Banku Polskiego jako banku centralnego. W ustawie o Narodowym Banku Polskim nie ma określenia pojęcia „pieniądz” lecz znaki pieniężne (art. 31-32), którymi są „banknoty i monety opiewające na złote i grosze”, zaś te z kolei są „prawnymi środkami płatniczymi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”. W ustawie – Prawo dewizowe (art. 2) wymienione są „krajowe środki płatnicze”, którymi są „waluta polska oraz papiery wartościowe i inne dokumenty, pełniące funkcję środka płatniczego, wystawione w walucie polskiej„. Waluta polska jest określona jako „znaki pieniężne (banknoty i monety) będące w kraju prawnym środkiem płatniczym, a także wycofane z obiegu, lecz podlegające wymianie.„ Są również zdefiniowane wartości dewizowe, jako „zagraniczne środki płatnicze oraz złoto dewizowe i platyna dewizowa”. Te pierwsze, to „waluty obce i dewizy” Walutami obcymi są „znaki pieniężne (banknoty i monety) będące poza krajem prawnym środkiem płatniczym, a także wycofane z obiegu, lecz podlegające wymianie; na równi z walutami obcymi traktuje się wymienialne rozrachunkowe jednostki pieniężne stosowane w rozliczeniach międzynarodowych, w szczególności jednostkę rozrachunkową Międzynarodowego Funduszu Walutowego (SDR).” Walutami natomiast wymienialnymi są to „waluty obce państw spełniających wymagania art. VIII statutu Międzynarodowego Funduszu Walutowego.” Dewizami zaś są to „papiery wartościowe i inne dokumenty pełniące funkcję środka płatniczego, wystawione w walutach obcych.” Wyżej przytoczone definicje nie wskazują, iż tzw. kryptowaluty mieściłyby się w którejś z nich.

Jednak w istocie nie sam zapis konstytucyjny bądź w ustawie o Narodowym Banku Polskim czyni z banku centralnego jedyną instytucję, z którą należy rozmawiać chcąc prowadzić legalne transakcje przy pomocy, tzw. kryptowalut. Istnieje bowiem zapis art. 358 § 1 i 2. Kodeksu cywilnego, stanowiący iż: „Jeżeli przedmiotem zobowiązania podlegającego wykonaniu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest suma pieniężna wyrażona w walucie obcej, dłużnik może spełnić świadczenie w walucie polskiej, chyba że ustawa, orzeczenie sądowe będące źródłem zobowiązania lub czynność prawna zastrzega spełnienie świadczenia wyłącznie w walucie obcej.” oraz „Wartość waluty obcej określa się według kursu średniego ogłaszanego przez Narodowy Bank Polski z dnia wymagalności roszczenia, chyba że ustawa, orzeczenie sądowe lub czynność prawna zastrzega inaczej.” Innymi słowy, „Jeżeli za kupno czegoś muszę wydać 2 bitcoiny, to mogę to świadczenie spełnić w równowartości w złotych polskich, gdyż pieniądz krajowy ma tutaj pierwszeństwo, w dalszej natomiast kolejności mogę to uczynić w walucie innej niż pieniądz krajowy, a zatem przy użyciu tych bitcoinów, jeśli… ustawa, orzeczenie sądowe lub czynność prawna zastrzega inaczej, czyli że spełnienie tego świadczenia może nastąpić w walucie obcej.” Sęk jednak w tym, że bitcoin (czy też jakakolwiek, tzw. kryptowaluta) nie jest walutą obcą. Co więcej, nawet jeśli by uznać, iż realizacja takiego świadczenia w bitcoinie wyrażonego jako równowartość w złotym polskim mogłaby zostać uznana za spełnienie tego świadczenia jako świadczenia w walucie obcej, to ustalając wartość tej waluty należałoby posługiwać się jej kursem średnim ogłaszanym przez Narodowy Bank Polski a nie jakiejś wirtualnej „giełdy” kryptowalutowej. Narodowy Bank Polski nie kwotuje jednak bitcoina i żadnej innej kryptowaluty też. W stosunkach prywatnoprawnych można korzystać z legalnego wybiegu, który zapewnia cywilistyczna zasada nominalizmu i waloryzacji, stanowiąca (w art. 3581 Kodeksu cywilnego) iż, „§ 2. Strony mogą zastrzec w umowie, że wysokość świadczenia pieniężnego zostanie ustalona według innego niż pieniądz miernika wartości”. Za taki miernik wartości może już być uznana, tzw. kryptowaluta na podobnych zasadach co każda inna rzecz bądź dobro (w tym m.in. prawa majątkowe oraz wartości niematerialne i prawne) dające się wyszacować co do ich wartości. Niezależnie od wszystkiego, co do możliwości kwotowania (i tym samym regulowania) kryptowalut przez Narodowym Bank Polski środowisko kryptowalutowe winno podjąć rozmowę właśnie z tą instytucją. Trzeba jednak być świadomym tego, iż mogą to być rozmowy dosyć trudne zważywszy na to, iż sam bank centralny może zechcieć wyemitować własną kryptograficzną walutę cyfrową, zaś każdą inną może uznać za konkurencyjną wobec własnego, krajowego systemu monetarnego. Rozmawiając z NBP co do uznania, tzw. kryptowalut, jako form pieniądza należałoby przekonywać, iż spełniają one wszystkie kryteria określone w ustawie o elektronicznych instrumentach płatniczych (art. 2), to jest na przykład, że są one elektronicznym instrumentem płatniczym, a więc „instrument płatniczy, w tym z dostępem do środków pieniężnych na odległość, umożliwiający posiadaczowi dokonywanie operacji przy użyciu informatycznych nośników danych lub elektroniczną identyfikację posiadacza niezbędną do dokonania operacji…” (kwestia identyfikacji posiadacza może być w tym przypadku problematyczna); bądź pieniądzem elektronicznym, to znaczy „wartością pieniężną stanowiącą elektroniczny odpowiednik znaków pieniężnych, która spełnia łącznie następujące przesłanki: a) jest przechowywana elektronicznie, w tym magnetycznie, b) jest wydawana do dyspozycji na podstawie umowy w zamian za środki pieniężne o nominalnej wartości nie mniejszej niż ta wartość, c) jest przyjmowana jako środek płatniczy przez przedsiębiorców innych niż wydający ją do dyspozycji, d) jest wyrażona w jednostkach pieniężnych” (wydaje się jednak problematyczne, iż tzw. kryptowaluty, spełniać mogą wszystkie z wymienionych przesłanek.)

Idąc dalej, jeśli krypto-aktywa miałyby zostać uznane za nowy rodzaj rewolucyjnych instrumentów inwestycyjnych, to ten obszar władny jest regulować rząd, a szczególnie Ministerstwo Finansów (to jest minister właściwy ds. instytucji finansowych, zgodnie z ustawą o działach administracji rządowej), jeśliby uznało ono swoją w tym kompetencję. Z kolei, Urząd Komisji Nadzoru Finansowego oraz inne instytucje, takie jak NBP, BFG czy pozostałe ministerstwa pełnią tutaj rolę konsultacyjną. Jest jednak wyraźne zastrzeżenie, iż w przypadku wchodzenia działalności, mającej za przedmiot kryptoaktywa, w obszar instytucji płatniczych, ma to wówczas związek z domeną polityki monetarnej, na którą decydujący wpływ ma bank centralny. Minister finansów będzie wówczas regulował obszar instytucji płatniczych zgodnie z koncepcją, wolą i kształtem oczekiwanymi przez bank centralny. Mówimy tu jednak o regulacjach, tworzących przestrzeń dla, tzw. mikronadzoru. Ów mikronadzór wykonywany jest przez wspomniany już Urząd Komisji Nadzoru Finansowego. Istnieje jeszcze poziom, tzw. nadzoru makroostrożnosciowego, który kompetencyjnie wykonywany jest przez kolektywne ciało z dualną formą przewodnictwa, zwane Komitetem Stabilności Finansowej, w skład którego wchodzą: prezes NBP, minister finansów, szef BFG oraz przewodniczący KNF – tworząc tzw. „sieć bezpieczeństwa finansowego” będącą odpowiedzialną za stabilność finansową, nadzór makroostrożnościowy oraz zarządzanie kryzysowe w systemie finansowym. Sęk w tym, iż również nie jest to organ regulacyjny. Można jednak spodziewać się, iż Komitet Stabilności Finansowej może przygotować założenia merytoryczne dla uregulowania środowiska krypto-aktywów.

Krypto-aktywa ze względu na cel ich nabywania, nimi obrotu lub to przez kogo jest on organizowany są niekiedy przyrównywane do hazardu. W tym zatem rozumieniu organem właściwym do regulacji działalności hazardowej jest minister właściwy ds. finansów publicznych. A zatem, środowisko kryptowalutowe winno raczej w takim kształcie szukać tutaj partnera do regulacji swojej branży. Jednakże wówczas, gdy nie zahacza ona o publiczny fundrising w oparciu o platformy crowdfundingowe, gdyż to mogłoby zostać uznane za publiczną zbiórkę, która regulowana jest przez ministra właściwego ds. administracji.

Jednakże, jeśli uznać, że kluczowa dla krypto-aktywów jest technologia blockchain, a więc system rejestru rozproszonego, to za kwestie technologiczne w państwie polskim, zgodnie z ustawą o działach administracji rządowej odpowiadają minister właściwy ds. gospodarki oraz minister właściwy ds. informatyzacji. Problem pojawia się jednak taki, iż technologia sama w sobie trudno, jeśli w ogóle podlega regulacji. Czego zresztą, by miała dotyczyć regulacja technologii blockchain, skoro jest ona wykorzystywana nie tylko w celach związanych z systemem monetarnym lub rynkiem finansowym, ale także z logistyką, energetyką, edukacją, nauką, prawem, zdrowiem i innymi jeszcze dziedzinami życia ludzkiego? Dodać też trzeba, iż blockchain jest technologią energochłonną, a zatem oddziałującą na środowisko naturalne, zatem kompetentnym w tym przypadku mógłby się również uznać minister właściwy do spraw środowiska. Z kolei ze względu na to, iż w wielu dziedzinach i sektorach gospodarczych prowadzi do odpośredniczenia, to ma ona kolosalny wpływ na rynek pracy, a zatem obszar pozostający w domenie ministra właściwego do spraw pracy.

 

OK… regulujmy – kogo i po co?

To pytanie nastręcza najwięcej trudności niż pozostałe. Jest tak, gdyż ów (używając obecnie modnego żargonu) ekosystem Fintechowy, blockchainowy i kryptowalutowy, to podmioty wyjątkowo niejednorodne. Mamy tutaj bowiem:

– banki, które mogą wykorzystywać technologię rejestru rozproszonego do zarządzania przetwarzania informacji wewnątrz własnych struktur – tutaj nieraz chwalą się, że są instytucjami fintechowymi, szczególnie w przypadku zastosowania smart contractów jako, tzw. trwałego nośnika;

– inne instytucje finansowe, takie jak ubezpieczyciele, firmy i fundusze inwestycyjne, firmy pośrednictwa finansowego, które również mogą wykorzystywać technologię rejestru rozproszonego do zarządzania przetwarzania informacji – jednak inaczej niż banki, są na razie dalekie od wykorzystywania tej technologii.

Instytucje te, tj. banki, ubezpieczyciele i pozostałe finansowe posiadają jednak odrębne, wewnętrzne regulacje i pojawia się pewna wątpliwość, czy potrzebne jest wobec tego tworzenie nowych regulacji, centralnych.

Instytucje takie, jak schematy płatnicze, schematy kartowe, instytucje płatnicze, kantory internetowe podlegają odrębnym regulacjom, które kwestie wykorzystania technologii systemu rejestrów rozproszonych pozostawiają dalej otwarte. Wydaje się, iż one mogą okazać się tutaj niezbędne, jeśli pod przykryciem np. małych instytucji płatniczych działają, tzw. giełdy kryptowalutowe. Tym bardziej, gdy są one piramidami finansowymi. Same procedury AML (przeciwdziałające praniu pieniędzy) i KYC (zgodności i adekwatności) mogą w tym przypadku nie być wystarczające.

Dalej są firmy lub biznesy prowadzone przez spółki technologiczne tworzące rozwiązania płatnicze, kojarzenia ofert produktów bankowych ( lokaty, pożyczki, kredyty), ubezpieczeniowych czy inwestycyjnych, systemy porównywarkowe, aplikacje zarządzania finansami osobistymi – wykorzystujące technologię rejestrów rozproszonych. Wydaje się, iż jeśli tylko nie stoi za tym działalność polegająca na oferowaniu produktów bądź usług finansowych, zaś jedynie tworzenie dedykowanego oprogramowania na zlecenie klienta, to taka działalność nie wymagałaby kreowania odrębnych, centralnych regulacji poza dotychczas obowiązującymi. Regulacje te jednak byłyby konieczne dla tych podmiotów, które takie rozwiązania informatyczne (aplikacje) sprzedawałyby jako forma świadczenia usług finansowych bądź oferowania produktów finansowych.

Są również podmioty, działające w sposób przestępczy na rynku, tworzące piramidy finansowe, lub dystrybuujące na rynek oszukańcze produkty bądź usługi finansowe, jednak w tym przypadku nie ma to większego znaczenia czy dotyczy to wykorzystania kryptowalut, oficjalnych pieniędzy fiducjarnych, technologii rejestru rozproszonych bądź innych, tradycyjnych technologii. Tutaj zastosowanie mają regulacje z Kodeksu karnego, pozakodeksowe regulacje karne, czy też przepisy przeciwdziałające praniu pieniędzy. Wydaje się, iż nie sposób jest stworzyć jakichś innych specjalnych regulacji, które ograniczałyby zakres takich działań przestępczych, nie mówiąc już nic o ich likwidacji. Nie oznacza to oczywiście zgody czy też pobłażania dla takich działań, jednak jest to konstatacja faktu, iż nie da się przeciwdziałać regulacjami wobec faktu, że ludzka naiwność a często i łatwowierność stanowi pożywkę dla działań przestępczych.

 

Gdzie zaprowadziły te rozważania?

Generalnie rzecz ujmując borykanie się regulacyjne z czymś, co jest oparte w kapitalnym stopniu na szybko zmieniających się otoczeniu technologicznym, rodzi ogromne trudności. Trudności co do nazwania danego zjawiska lub zjawisk, określenia jego bądź ich zakresu oraz przypisania do tego, co jest dotychczas dobrze znane jak również ustalenia tego, kto miałby się zajmować regulacją danego obszaru, wobec kogo i w jakim celu.

W omawianej kwestii regulacji środowiska kryptowalut, nie wiadomo jest też do końca, czym te kryptowaluty są. Co jest ważniejsze, żeby tu regulować? Instrument? Model biznesowy? Technologię? Podmioty? A przecież technologia ta jest wykorzystywana w szeregu innych dziedzinach i obszarach, w których sprawdza się znakomicie, i które nie potrzebują żadnych w tym względzie regulacji. Rodzi to wszystko rzecz jasna zrozumiałe skargi i pretensje różnych aktorów tej sceny. Klientów (inwestorów) czujących się nieraz oszukanych. Firm technologicznych uznających, że są niesłusznie stawiane pod pręgieżem, w czym niejednokrotnie mają racje. Administracji i regulatorów narzekających na brak instrumentów regulacyjnych bądź przyznających się do braku wystarczających kompetencji formalnych.

Czego się wobec tego będzie można spodziewać? Wydaje się, że jest pewien klimat, w którym obie strony, tj. rynek i regulatorzy czekają na pewne zmęczenie materiału i na zejście kwestii kryptowalut na plan dalszy, spadek zainteresowania opinii publicznej tematem i jak to się mówi „rozejściem się po kościach” danego problemu. Z jednej bowiem strony, rynek nie potrafi dość wyczerpująco i jasno wyjaśnić regulatorom tego, co powinno zostać uregulowane. Z drugiej natomiast, regulatorzy, robiąc dobrą minę do złej gry, ślą sygnały podejmowania jakichś prac mających na celu regulację branży. Prac, z których nic nie wynika. Wszyscy jednak wyczekują momentu, kiedy następny kryptowalutowy trup z szafy wypadnie i kiedy temat regulacji odżyje na nowo.

Jednego można być pewnym, mianowicie czegoś, za czym stoi dobrze marketingowo opakowana funkcja matematyczna (sama w sobie nie posiadająca wartości wewnętrznej) nie da się ująć w żelazne karby klasycznego prawotwórstwa, gdyż oznaczałoby to postawienie przy każdym serwerze policjanta… ba policjanta przy każdym kto posiada urządzenie mobilne… wszak mały smartfon też może kiedyś stać się mikrokoparką… No chyba że zostanie kiedyś wyjęta wtyczka do Internetu… nieważne Web 2.0 czy Web 3.0.

Marcin Daniecki
Marcin Daniecki