MARmy czas

Na rodzime spółki giełdowe padł blady strach podsycany przez różnej maści smutnych doradców. 3 lipca wchodzi w życie dyrektywa MAR, czyli rewolucyjne przepisy dotyczące raportowania informacji cenotwórczych. Jak to u nas bywa, mówiąc delikatnie nie wszyscy są na nią gotowi.

O co tyle szumu? Dyrektywa MAR to przepisy wprowadzone przez Unię Europejską, których zadaniem jest ograniczenie patologii oraz ujednolicenie systemu prawnego przez wszystkie spółki publiczne na europejskich rynkach giełdowych. Zmienia się naprawdę sporo. Nie wdając się w szczegóły zasygnalizuję, że zmieniają się np. wysokości kar za ujawniania informacji poufnych. Zmieniają się to mało powiedziane – rosną o kilkadziesiąt razy! Do tego poszerzone zostało grono osób w spółce, których te kary mogą dotyczyć m.in. o radę nadzorczą. Ponadto zmienia się np. kryterium szybkości publikowania informacji cenotwórczej. Do tej pory przyjmowano kryterium niezwłoczności, czyli w praktyce 24 godziny. Po wejściu w życie MARu informacja taka ma być publikowana natychmiast.

Spółki przeraża fakt, że zlikwidowany zostaje katalog zdarzeń i faktów wymagających upublicznienia. W praktyce działało to tak, że była lista informacji, które trzeba publikować i jeżeli taka informacja się pojawiła to spółka ją publikowała. Po MARze tego katalogu nie ma, a spółka ma sama opracować sobie Indywidualny Standard Raportowania. To budzi największe wątpliwości, ponieważ z jednej strony jest szansą na rozszerzenie liczby publikowanych zdarzeń, ale z drugiej strony spółki się boją i nie do końca wiedzą co publikować. Do tego po publikacji tych informacji będzie oceniał je post factum KNF.

O MARze może pisać bardzo wiele, zasygnalizowałem jedynie zmiany jakie wchodzą w życie. Jest ich jeszcze więcej niż tutaj wymienione i od wakacji szykuje się prawdziwa rewolucja.

Podczas moich rozmów z różnymi spółkami zauważyłem trzy podejścia do MARu. Pierwsze to spółki prymusy, które już dobre kilka miesięcy temu powołały specjalne zespoły pracowników otoczone doradcami prawnymi. Pracują nad Indywidualnym Standardem Raportowania i przygotowują się pieczałowicie do zmian. Chodzi tutaj głównie o duże spółki.

Druga grupa spółek to firmy, które są świadome zmian, ale nie stać ich na wielogodzinne prace nad dostosowywaniem się do MARu. Zatem wpadły na sprytny pomysł, że ich Indywidualny Standard Raportowania będzie niczym innym jak obecnym rozporządzeniem z kryterium istotności informacji na podstawie kapitałów własnych, albo przychodów. Te spółki chcą się dostosować, ale powoli. Na razie robią to po najmniejszej linii oporu.

Trzecia grupa spółek to spółki niezdające sobie sprawy z MARu. Podczas rozmów pada stwierdzenie – „a to bardzo ciekawe co Pan mówi, że takie przepisy wchodzą w życie”. Te firmy nie są w żaden sposób przygotowane na wejście dyrektywy MAR. Ile ich jest – nie wiem, ponieważ nie rozmawiałem ze wszystkimi spółkami notowanymi na GPW. Natomiast trafiłem na kilkanaście spółek, które w żaden sposób nie przygotowują się do MARu!

Co to wszystko oznacza dla inwestorów i rynku? Obawiam się swego rodzaju chaosu wraz z nadejściem wakacji, a do tego sezon urlopowy nie będzie pomagał. Oczywiście mamy końcówkę lutego i firmy, które nie zdają sobie sprawy z MARu mają jeszcze trochę czasu na przygotowanie się. Zobaczymy jak to wszystko wyjdzie w praktyce, ale jestem pełen obaw.

Kamil Gemra