Rynek między PiSem a paniką

2015 rok przyniósł polskim rynkom finansowym ciekawą odmianę – po wielu latach kiedy inwestorzy przejmowali się wszystkim oprócz polityki, temat ten stał się głównym punktem zainteresowań. Według mnie są dwa powody takiego zachowania. Po pierwsze, naturalnie, mieliśmy do czynienia z dość dużą zmianą, czego właściwie nie było od 2005 roku. Po drugie, bardzo wiele osób pracujących na rynku finansowym jest związanych z Platformą Obywatelską (lub jej pochodnymi) i w maju po wyborach prezydenckich po prostu wpadli w panikę, czego – przy inwestowaniu – robić nie wolno.

Rynek między PiSem a paniką

Nie jestem wielkim fanem tego, co w ostatnich tygodniach działo się w polskiej polityce, ale też wydaje mi się, że uczestnicy rynku finansowego powinni wykorzystać spóźnione nieco nadejście zimy i spróbować sobie nieco schłodzić głowy. Jak na razie bowiem naprawdę w gospodarce nie stało się nic dramatycznego. Podatek od banków nie jest niczym nowym na świecie, a jego forma do kontrowersyjnych też nie należy. Z kolei podatek od wielkich sklepów nie powinien mieć zbyt wielkiego znaczenia w kontekście globalnych presji deflacyjnych. Mam się bać, że mi Tesco podniesie cenę jaj od kur z wolnego wybiegu…? Powodzenia...

Wielki strach przed rządem Prawa i Sprawiedliwości zdaje się, według niektórych, mieć odzwierciedlenie w nie najlepszym zachowaniu rynków finansowych od czasu wyborów. Spready obligacyjne się rozszerzyły, giełda spadła a złoty osłabił się. Pojawia się tu jednak olbrzymi problem poznawczy – proszę spojrzeć sobie na wykres polskiej giełdy po tryumfie Platformy Obywatelskiej w 2007 roku… Prawda, że wygląda to nędznie? „Ale tam był wielki kryzys!” już słyszę. A teraz niby co jest? Kapitał z krajów rozwijających się odpływa z siłą niespotykaną od wielu lat, a dzieje się to z płynnością na rynku finansowym, która jest – proszę mi wierzyć – na zupełnie beznadziejnym poziomie.

Wreszcie, wielu boi się, że rząd PiS-u rozsadzi finanse publiczne. Być może, ale na razie nic na to nie wskazuje – wpływ zmian jakie dotychczas widzieliśmy jest mniejszy niż zmiany jakie rutynowo wynikają z… GUS-owskich rewizji danych o nominalnym PKB. A poza tym, nie zapominajmy, że jednym z głównych powodów, dla których Polska uniknęła recesji w 2008 roku były zmiany podatkowe i luzowanie polityki fiskalnej wprowadzone przez… no właśnie, PiS. Według mnie to co dzieje się w światowej gospodarce bardzo mocno sugeruje czasowe zwiększenie deficytu budżetowego o 0.3-0.5% PKB. Jeśli Państwo mi nie wierzą to proszę poczytać sobie felietony Larry’ego Summersa lub Paula Krugmana z ostatnich lat.

Zdaję sobie sprawę, że wychodzę tutaj na zagorzałego zwolennika Prawa i Sprawiedliwości. Tak nie jest – wiele kwestii związanych chociażby z Trybunałem Konstytucyjnym czy Służbą Cywilną mnie bardzo martwi. Jednak w kwestiach gospodarczych jest dużo za wcześnie na wydawanie osądu, jeśli wziąć pod uwagę skalę zmian, jak również ogólną sytuację na światowych rynkach finansowych.

Także być może warto poczekać na to, jak zmiany w polityce gospodarczej wpłyną na długofalowy wzrost aniżeli drzeć szaty nad wprowadzeniem 500 zł na dziecko. Istnieje bowiem niemałe ryzyko, że w 2016 roku taki mini-stymulus fiskalny może się bardzo przydać. Parafrazując, rząd poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy.

A co jeśli się mylę i Prawo i Sprawiedliwość naprawdę dużo napsoci? Cóż, wtedy być może Polacy nauczą się, że głosowanie jednak ma znaczenie i że należy sprawdzać, czy to co poszczególne partie obiecują ma sens i jest realne. Inwestorzy też nie powinni się wtedy zbytnio martwić – po pierwsze na spadkach da się całkiem nieźle zarobić a po drugie znienawidzony przez nich Jarosław Kaczyński prawdopodobnie zostanie kompletnie zmieciony ze sceny politycznej. Nawet oręż w postaci 234 posłów i Prezydenta jest niczym bowiem w sytuacji spadających realnych dochodów społeczeństwa. Czego oczywiście Państwu w żadnym razie na ten Nowy 2016 (ani żaden inny) rok nie życzę.

Myszon Niemożliwy
Myszon Niemożliwy