Jeden doradca? Pseudoradca.

Świetny występ reprezentacji Polski w fazie grupowej EURO 2016 to kontynuacja ożywienia biznesowego polskiego futbolu. Kolejnym krokiem jest wykształcenie profesjonalnych doradców, którzy będą potrafili skonsumować sukcesy piłkarzy.

Tak jak na pięknym stadionie nie wypada już przyklejać gumy do krzesełka, klubem ze 100-milioniowym budżetem nie można sterować ręcznie, tak zawodnik, który odnosi sukcesy na arenie światowej powinien zerwać z myśleniem: mój menedżer zna się na wszystkim. Znak sukcesu. Jeśli grasz w drugiej lidze, może wystarczyć Ci jeden doradca, ale w Europie potrzebujesz specjalistów z co najmniej kilku dziedzin. Inaczej twoja głowa zostanie w drugiej lidze.

W zdrowej rodzinie dzieci od najmłodszych lat postrzegają rodziców jako autorytety w każdym temacie, ale kiedy dorastają zauważają, że chociaż tata i mama chcieli jak najlepiej, to często tak po prostu nie mieli racji albo umiejętności. Kiedy idziesz do szkoły, szybko stwierdzasz, że mama wcale nie jest najlepszych fryzjerem w mieście.

Czołowi polscy menedżerowie zaczynają to rozumieć, a nowe agencje chwalą się na swoich stronach internetowych „kompleksową obsługą”. W praktyce brakuje jednak doradców z doświadczeniem w sporcie, których mogliby zatrudnić jako profesjonalnych specjalistów. Dlatego nadal nie robią z tym nic. Znam przypadki, w których po pierwszej nieudanej współpracy z zewnętrznym „specjalistą”, menedżer znów wziął wszystko w swoje ręce, według zasady – nawet jeśli nie umiem, to przynajmniej mam do siebie zaufanie.

Zaufanie to główne kryterium wyboru, co jest absurdalne i zaskakujące, bo przecież w biznesie ryzyka ogranicza się umowami, a intencje można sprawdzić już na poziomie rekrutacji. Coraz lepsi sportowcy to coraz więcej pieniędzy, a więc grup interesów, które pojawiają się wokół. Jest w środowisku takie ograniczające przekonanie, że sportowca trzeba chronić przed podpowiadaczami, tak jak przed kobietami, które wielkość swojego faceta widzą tylko wtedy, kiedy akurat stanie na swoim portfelu.

A może zamiast chronić i szukać „zaufanych” ludzi, warto poszukać na rynku i wyselekcjonować najlepszych? Postawić na profesjonalną rekrutację wykwalifikowanych menedżerów, którzy odnosili duże sukcesy biznesowe w swoich dziedzinach – nawet jeśli w innej branży. Potrzeba ich przynajmniej pięciu. W roli lidera świetnie sprawdzi się dotychczasowy menedżer, którego główną kompetencją powinno być poszukiwanie i negocjowanie kontraktów sportowych, ale jego drużynę mogą tworzyć: specjalista ds. finansów i optymalizacji podatkowej, specjalista ds. zarządzania wizerunkiem, specjalista ds. kontraktów reklamowych, prawnik i doradca ds. inwestycji. Ilu polskich sportowców ma przynajmniej taki zespół? Czterech, pięciu? Ale i tak przeważnie zajmują się tym osoby dobrane jedynie wg kryterium zaufania, traktując to jako dodatkową, dorywczą współpracę.

W najbliższych latach to się zmieni. Najpierw świadomość – jak właściwie zarządzać karierą sportowca, a następnie profesjonalizacja, czyli zatrudnienie specjalistów z prawdziwego zdarzenia opłacanych konkurencyjnie w stosunku do dużych firm, w których mogą podjąć pracę. Znana twarz jest jak znany brand, potrzebuje silnego zespołu, który każdego dnia pracuje na siłę marki. Ci, którzy zrobią to jako pierwsi, wygrają. Już teraz widać, jak dobre efekty daje to w połączeniu ze świetną formą sportową, na przykładzie Grzegorza Krychowiaka. W jego ślad pójdą następni.

Myślenie, że jeden doradca – bo przecież zaufany, bo przecież od lat działa w sporcie – ogarnie wszystkie tematy, to skazywanie się na pseudoradztwo. A wybieranie z rynku kolesi, którzy pomogą zarządzać karierą, to myślenie z poprzedniej epoki. Coś na co nie powinien pozwolić sobie sportowiec, grający na tej samej arenie, co największe światowe gwiazdy.

Wojciech Szaniawski
Wojciech Szaniawski