Czystych nie ma, są tylko niezłapani

Standardowe wieści z Rio o występach reprezentantów Polski na Igrzyskach XXXI Olimpiady to ich odpadanie w 1/16 czy 1/8 finału, pech w kolejnych wyścigach czy gemach, paraliż szczypiornistów. Na razie jedziemy na jedynym brązowym medalu Rafała Majki, a sztucznie nakręcająca propagandę sukcesu Telewizja Polska puszcza z archiwum krzyki swoich sprawozdawców o dawnych złotych medalach.

W tym kontekście wiadomość o dopingowej wpadce sztangisty była wręcz… ożywieniem ciągu beznadziei.

Wynik badania kontrolnej tzw. próbki B potwierdził bez jakichkolwiek wątpliwości w moczu Tomasza Zielińskiego ślad nandrolonu — środka równie archaicznego co skutecznego. Wydalony z olimpijskiej ekipy tegoroczny mistrz Europy najbardziej zdumiony był wyrwaniem go do kontroli… natychmiast po przylocie do Rio, przy odbieraniu akredytacji. No cóż, podnoszenie ciężarów od zawsze rywalizuje z kolarstwem i lekkoatletyką o palmę pierwszeństwa w dopingowym procederze. Głównie tych najbardziej wysiłkowych dyscyplin, ale przecież nie tylko ich, dotyczy powyższy tytuł — równie gorzki co prawdziwy.

Dopasowując się do telewizyjnej narracji, przypomnę najbardziej spektakularną w dziejach polskiego sportu kompromitację dopingową. Na Igrzyskach XXI Olimpiady w Montrealu 1976 zdobyliśmy aż osiem złotych medali, jednak trzy miesiące po imprezie jeden… przepadł. Po długich badaniach — zupełnie inna epoka — doping stwierdzono u mistrza sztangi Zbigniewa Kaczmarka. Honorowo zwrócił złoty medal, natomiast zdążył już skonsumować nagrodę od Polskiego Komitetu Olimpijskiego w wysokości 1000 USD. W zestawieniu z premiami za medale z Rio de Janeiro owa kwota wygląda śmiesznie, ale tamte dolary w walutowych realiach PRL były wypłatą naprawdę godziwą. Wypada trzymać kciuki, aby teraz po Rio medale i nagrody nie były zwracane… © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski