Jak robi dron dla VIP-ów? Bum!

Bezzałogowych statków powietrznych jest dużo, co gorsze – są coraz bardziej wybuchowe. To najprawdziwszy efekt „boom”! Nie tylko w sprzedaży. Ostatni zamach na prezydenta Wenezueli to już nie ostrzeżenie a fakt: drony w niepowołanych rękach stwarzają realne zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa.

Jeszcze niedawno, gdy mówiłem, że drony mogą być prawdziwą, śmiercionośną bronią terrorystów, moi rozmówcy pukali się w głowę. To niemożliwe! mówili. Nie siej paniki dopowiadali. Czy dronofobia to kolejna jednostka chorobowa? pytali inni, nieco ironicznie, mówiąc, że takie rzeczy to najwyżej w Syrii.

Teraz, patrząc na doniesienia światowych mediów, wiem, że pukających się w głowę znów ubyło. Dotychczasowe nierealne” zagrożenie z mrożącej krew w żyłach lektury science-fiction, przeniosło się, a dokładniej nadleciało, nad realne głowy. Głowy państw. Pierwszym w historii został prezydent Wenezueli Nicolas Maduro. Polityk podczas przemówienia w Caracas został zaatakowany przez dwa drony wypełnionymi materiałami wybuchowymi. Prezydentowi nic się nie stało, ale rannych zostało kilku żołnierzy. Na filmach takich jak ten dym oraz panikę widać i słychać nader wyraźnie. To już nie ustawka czy głupi wyskok nastolatka. To zaplanowana akcja: media podają, że poszkodowanych zostało aż siedmiu funkcjonariuszy Gwardii Narodowej. Oto nowa forma zamachu, bez tzw. brudnych rąk czysta robota” robota-drona-bomby.

Doszło do dużej eksplozji. To był atak na moje życie, dziś próbowano mnie zabić przyznał nieco roztrzęsiony Maduro w telewizyjnym wywiadzie.

Jego emocjom nie ma się co dziwić: Maduro wie, że teraz wobec zabójczej mocy dronów jest… bezbronny. Po eksplozji drona w otoczeniu prezydenta Wenezueli pojawiło się szybko trzech gwardzistów z płachtami kulodpornymi. Problem w tym, że takie płachty jeszcze nigdy nie uchroniły nikogo od wybuchu powietrznej bomby mogącej jednym uderzeniem unicestwić nawet kilkadziesiąt osób.

Przy czym uspokajam to nie jest tak, że teraz powinniśmy w popłochu uciekać, gdy widzimy drona. Większość z nich jest wykorzystywana w słusznych celach. Problem pojawia się, gdy UAV (niezidentyfikowany obiekt latający) pojawia się, np. w strefie no-fly-zones. Potrzebujemy więc skutecznych metod do bezpiecznej neutralizacji takiego nieproszonego gościa jeszcze zanim stworzy on zagrożenie. Jak to działa? Za pomocą zaawansowanych radarów i zagłuszarek najbardziej wysublimowane systemy antydronowe nie dopuszczają do wlotu do wyznaczonego, przez służby bezpieczeństwa, obszaru. Zbliżający się do strefy no-fly dron jest zneutralizowany, albo odesłany do swojego punktu startowego. Zgodnie z założeniem, że nie możemy bezczynnie czekać, tylko działać. Musimy być o krok przed zagrożeniem, tylko wtedy obrona ma szansę wygrać tę nierówną walkę z nowymi metodami terrorystycznymi.

Czy my w Polsce jesteśmy gotowi na nadlatujące zagrożenie a la Maduro? Z mojej wiedzy wynika, że obecnie nie ma technicznej przeszkody w tym, by nadlecieć dronem, np. na taras prezydenckiej, letniej rezydencji w Juracie czy nad budynek sejmu w Warszawie. Oczywiście, taki przelot zostanie wykryty ale nie na tym polega zabawa. Gra toczy się o automatyczną, wcześniejszą neutralizację zagrożenia, do czego wystarczą nawet mobilne, lekkie systemy. Jest ledwie kilka takich rozwiązań na świecie i jako współautor z dumą mogę przyznać, że jeden z nich jest w 100 proc. made in Poland”. Wedle mojej wiedzy, po wydarzeniach w Wenezueli polskie służby zdecydowały się na jeszcze pilniejsze wdrożenie tego typu rozwiązań. Oby jednak prewencja po polsku nie oznaczała wielomiesięcznych przygotowań do nierozstrzygniętego przetargu. Drony są wysoko, ale zagrożenie nimi spowodowane twardo stąpa po ziemi. Dlaczego w takim razie ignorujemy inne latające obiekty, potencjalnie odmierzające nasz czas tutaj, na dole, środkami wybuchowymi? Naprawdę, podczas przemówień polityków nie chcemy słyszeć: tic-tac, tic-tac, BOOM!”

 

dr Maciej Klemm