Żwirko, NASA i kiełbasa

Polskie regulacje prawne dotyczące lotów bezzałogowcami są uznawane za jedne z lepszych w Europie. Co więcej rynek dronów w naszym kraju prężnie się rozwija. Polskie rozwiązania prawne, produkcyjne i systemowe dot. bezzałogowców mogą być najlepszym towarem ekspertowym… tak samo jak kiełbasa podwawelska prezesa Ochódzkiego w „Misiu”. I to wcale nie są żarty.Bezpieczne – od strony społecznej i logistycznej – wykorzystanie potencjału dronów staje się kluczowym i zarazem drażliwym zagadnieniem. Dla kogo? Nie tylko dla osób korzystających z przestrzeni lotniczej, ale również dla przedsiębiorców inwestujących w ten rynek. Z raportu Instytutu Mikromakro wynika, że wartość rynku bezzałagowego w Polsce wynosi już ponad 200 mln zł, a wg szacunków ekspertów do 2025 r. nad naszymi głowami ma latać nawet 400 tys. dronów. Robi się tłoczno. Jak uniknąć chaosu w tej masie? Są dwie drogi: zakazać lub mądrze uregulować.

„O! A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to jaki byłby tłok…”
Zdaniem Unii Europejskiej w przyszłości w powietrzu będzie tak samo tłoczono jak teraz na ulicach, dlatego Komisja Europejska już teraz rozpoczęła pracę nad kompleksowym system zarządzania ruchem dronów. Prawo w kwestii użytkowania bezzałogowców jest regulowane indywidualnie w każdym państwie członkowskim UE. W Polce jest to ustawa prawo lotnicze oraz kilka innych rozporządzeń. Co więcej, i może to niektórych zdziwić, ale w gronie ekspertów tworzące się polskie prawo dronowe jest oceniane jedno z najlepszych. Na teraz to każde z państw członkowskich inaczej reguluje zasady latania dronami, co w konsekwencji powoduje znaczne rozbieżności między krajami w zakresie zasad latania i wymagań dla pilotów.

„…Wszystkie samoloty odlatują o czasie i wtedy jest taki bałagan, że z niczym nie można zdążyć”
W Stanach Zjednoczonych, to NASA wzięła na barki rozwój systemu zarządzania ruchem lotniczym bezzałogowych statków powietrznych na małych wysokościach. W Europie trwają zaś prace nad U Space, czyli systemem opartym na automatyzacji zarządzania ruchem dronowym na wysokości do 150 m i poniżej. Program będzie wspierać bezpieczny dostęp do przestrzeni powietrznej dla dużej liczby dronów. Jak? Usługi systemu opierają się na wysokim poziomie digitalizacji i automatyzacji, tu nie ma ludzi w wieżach kontrolnych. Tu są maszyny, radary, algorytmy i sztuczna inteligencja. Celem idei U-Space jest ułatwienie wszelkiego rodzaju lotów dronów począwszy od prostych przelotów po skomplikowane misje (nie zapominajmy, że za chwilę drony będą latającymi kurierami). U-Space kierowany jest zarówno do podmiotów prywatnych jak i publicznych. W usługach programu znajdziemy system elektronicznej rejestracji, system identyfikacji elektronicznej oraz system geofencingu, czyli ograniczający elektronicznie ruch dronów w określonych obszarach. Tu masa ma znaczenie: elektroniczna rejestracja i identyfikacja będzie dotyczyć każdego bezzałogowca o masie powyżej 250 g.

„Słuszną linię ma nasza władza”
U-Space ma swój biało-czerwony odcień. Na naszym rodzimym podwórku to program „Żwirko i Wigura”, finansowany przez Polski Fundusz Rozwoju (PFR). Cel? Stworzyć wydajny system zarządzania ruchem bezzałogowym. Program „Żwirko i Wigura” rozwinie system związany z przetwarzaniem danych zbieranych przy użyciu dronów oraz utworzy napowietrzne piaskownice czyli centra kompetencji, dzięki którym powstaną odpowiednie warunki do opracowania nowoczesnych technologii. PFR twierdzi, że w „Żwirko” nie jest prostą dźwignią dla rozwoju technologii budowy czy eksploatacji dronów. Program ma przez przede wszystkim wspierać gospodarkę opartą o dane i wykorzystać informacje na potrzeby rozwoju branż przyszłości. Co więcej ma zmienić dotychczasowe komercyjne postrzegane dronów: drony mają być usługą, a nie produktem. I tu, nawet w początkowym stadium, widzę spore pole do popisu dla polskich firm.

„Bilet na dobrą wróżbę”
Z założenia „Żwirko” ma wspierać rozwój nowych przedsiębiorstw i ułatwiać rozwój europejskiego rynku usług związanych z lotami bezzałogowców. Ma uwolnić potencjał nowego rynku usług przy jednoczesnym zapewnieniu bezpieczeństwa i integracji operacji dronów na różnych obszarach. Zatem już teraz biało-czerwony biznes ma przed sobą nie lada gratkę. Rękawy zakasywać może 4 tysiące firm w Polsce, tworzących rozwiązania wokół najnowszej elektroniki używanej w branży dronowej. To producenci software’u i komponentów. To też i firmy inżynieryjno-producenckie, mające ambicję budować szkielet systemu identyfikującego i kierującego ruchem dronów. Jako przedstawiciel tej ostatniej grupy potencjalnych beneficjentów prawnej rewolucji w Polsce, deklaruję wprost: w technologii na tym polu lepszych na świecie nie ma. W skali globu równorzędnych firm oferujących równie wysublimowane technologicznie i kosztowo rozwiązania jest co najwyżej kilka.

„Wiesz, co robi ten miś?”
Oczywiście, sceptycy szybko podchwycą narrację o tym, że na teraz profesjonalna kontrola ruchu dronów w Polsce sprowadza się do niedoskonałych aplikacji na komórki i działających – jedynie na papierze – stref zakazu lotów dla takich obiektów. Ja jednak jestem umiarkowanym optymistą: jeśli rządzącym jak i PFR nie zabraknie energii oraz determinacji podczas prac legislacyjnych to nie okaże się to po prostu wyborczą kiełbasą. Wkrótce możemy być świadkiem narodzin case’u znanego z bankowości u zarania III RP. Tego, gdy w kilka lat z bankowego PRL u przeskoczyliśmy do etapu bankowości 2.0 i globalnej awangardy. A gdy dobre prawo zbuduje silne, lokalne firmy w branży dronowej, następny krok jest jasny – ekspansja zagraniczna. Parafrazując – po raz ostatni – dialog z „Misia”: polska dronowa to jest coś na skalę naszych możliwości.

dr Maciej Klemm