Drugi sort musi walczyć o etat

Na rynku rządzi pracownik? Bzdura! — denerwują się niektórzy dyrektorzy, nieopierzeni absolwenci i zbędni faceci po pięćdziesiątce.

Tegoroczna wiosna na rynku pracy zaczęła się kilka tygodni przed kalendarzową. Rekrutacje trwają w najlepsze — entuzjazmowali się eksperci portalu infoPraca.pl. A Work Service informował, że czterech na 10 przedsiębiorców chce obsadzić wakaty pracownikami z Ukrainy. W grudniu GUS odnotował rekordowo niskie bezrobocie — 8,3 proc. Według ostrożnych szacunków co trzecia krajowa firma ma problemy kadrowe. Na podstawie takich danych wyciąga się wniosek, że w Polsce wreszcie mamy rynek pracownika. Nic bardziej mylnego. Owszem, przybywa fachowców, którzy przebierają w ofertach zatrudnienia jak w ulęgałkach, ale nie brakuje osób, którzy o rozwijającej i dobrze płatnej pracy mogą sobie tylko pomarzyć.

Dwie strony medalu

— Już na początku zimy część pracodawców rozpoczęła rekrutacje z myślą o wiośnie — mówi Marek Jurkiewicz, dyrektor infoPraca.pl. Natomiast Marek Śliwiński, dyrektor linii biznesowej Ukraina w Work Service’u, dodaje, że aby zaspokoić swoje potrzeby personalne, polskie firmy z nadzieją patrzą na specjalistów zza Buga. Czekają na nich również stanowiska wymagające kwalifikacji.

— Z naszych badań wynika, że rekrutacje na pracowników średniego szczebla stanowią już ponad 28 proc. zapotrzebowania na kandydatów zza granicy — informuje dyrektor Śliwiński. Do myślenia daje też raport firmy doradztwa personalnego Bigram: 77 proc. przedsiębiorców w Polsce twierdzi, że za mało jest kandydatów o wymaganych kwalifikacjach, a 50 proc. — że aplikantom brak doświadczenia. Czy te wskaźniki nie zdają się potwierdzać tezy o nastaniu rynku pracownika?

— To zależy, kogo mamy na myśli. Nie tyle trudno pozyskać pracownika, ile odpowiedniego pracownika. Przymiotnik „odpowiedni” to słowo klucz w dzisiejszych analizach sytuacji na rynku zatrudnienia — mówi Anna Jabłońska, dyrektor zarządzający z Bigramu.

Ważnym elementem rekrutacji jest opracowanie profilu kandydata, czyli listy oczekiwanych kompetencji i doświadczeń. Później zwykle okazuje się, że nie ma ludzi spełniających wskazane kryteria, a jeśli nawet są, żądają wynagrodzeń przewyższających stawki przypisane do stanowisk.

— W tej sytuacji pracodawca może zrobić jedną z dwóch rzeczy: zaproponować więcej pieniędzy albo obniżyć swoje wymagania. Częstym przykładem jest angielski — niekiedy warto zatrudnić dobrego fachowca, choć nie posługuje się tym językiem biegle, a potem wysłać go na intensywny kurs — tłumaczy Anna Jabłońska.

Za najbardziej rozkapryszoną grupę uważa programistów — firmy toczą o nich tak zacięty bój, że rzadko który rekruter pyta, czy dany specjalista IT pasuje do kultury przedsiębiorstwa lub czy jest wystarczająco komunikatywny. Jej zdaniem, dobrą pozycję na rynku mają też inżynierowie. Wynika to m.in. z rozkwitu centrów rozwojowych w Polsce, które realizują coraz bardziej skomplikowane procesy.O swoją przyszłość mogą być spokojni również menedżerowie średniego szczebla, zwłaszcza jeśli są specjalistami w wąskich dziedzinach.

— Trudno także o dobrą recepcjonistkę lub asystentkę, która pracę traktuje jako zawód, a nie przystanek na drodze do ambitniejszej kariery — wskazuje Anna Jabłońska.

Młodzi mają pod górkę

W dużo gorszej sytuacji są natomiast menedżerowie wyższego szczebla o uniwersalnych umiejętnościach. Powód? Pula takich kandydatów jest duża, a podaż przewyższa popyt. Co więcej — na ten typ stanowisk ostrzą sobie zęby młode wilki — niższej rangi zwierzchnicy z ambicjami.

— Kiedyś rozchwytywani byli dyrektorzy marketingu, sprzedaży, PR. Dzisiaj to już przeszłość. Chyba że chodzi o osobę, która ma w swojej branży status autorytetu lub nawet gwiazdy — podkreśla menedżerka firmy Bigram. Jej zdaniem, najtrudniej dostać się na rynek absolwentom. Gdy już to się im udaje, krzywa wartości pracownika szybko idzie w górę.

— Pracodawcy chcą zatrudniać kandydatów dojrzałych, przygotowanych, a nie takich, których dopiero trzeba wychować na swojej piersi — wyjaśnia Anna Jabłońska. Ze statystykami jest jak z kostiumem bikini, który dużo odsłania, ale to, co najważniejsze, jednak zakrywa. W przypadku rynku pracy statystyki zasłaniają duże zróżnicowanie. Parafrazując klasyka, są pracownicy lepszego i gorszego sortu. Ci drudzy, jak w czasach kryzysu, działają na rynku pracodawcy — zamiast przebierać w ofertach i żądać wyższych zarobków, cieszą się, jeśli w ogóle ktoś chce dać im pracę.

Miro Konkel
Miro Konkel